Ponieważ od założenia bloga Homikus Pospolitus minęło już trochę, a mija coraz więcej, czasu, niezbędnym okazało się kilku rzeczy sprostowanie. Dlatego równie niezbędne wydaje mi się zapoznanie się, Szanowny Gościu, z następującym wpisem: Silva rerum.

ARCHIWA

Silva rerum

unfriendyNie da się ukryć, że od założenia tego bloga minęło trochę czasu. Nie jest to może czas nie wiadomo jak imponujący, ale kilka lat zdążyło się już zebrać. A w nierozerwalnym z faktem tym związku pozostaje fakt kolejny, którego w równym stopniu ukryć nie sposób: lat tych rzeczonych dodatkowych przybyło i Jaśnie Oświeconemu Autorowi. Dwóm powyższym dłużny nie pozostaje jeszcze jeden: Autor krową nie jest, za czym znów idzie Jego błogosławiona umiejętność korzystania z tego, czego Bozia Mu bynajmniej nie poskąpiła, czyli intelektu. I wreszcie dwa ostatnie implikują fakt dla wpisu niniejszego najważniejszy: zmienia Autor z czasem swe zacne poglądy. I o nich właśnie, choć jedynie w kontekście tego bloga, chciałbym dziś napisać kilka słów.

„Ale po co?” – zapyta może co bardziej dociekliwy z Czytelników. Odpowiem wtedy: otóż jakieś tam szczątkowe poczucie wpojonej mi przyzwoitości podpowiada mi, że dawnym Czytelnikom należy się słowo wyjaśnienia. Nowi budzą we mnie dość mizerne zainteresowanie, ale poczytać sobie mogą, jeśli taka wola.

grono.net – opluj pedała!

Jak mniemać sobie pozwolę, zna – jako że nie znać nie podobna – Czytelnik Szanowny najpopularniejszy niegdyś bardzo popularny polski serwis społecznościowy, jakim jest grono.net.

Grono jest jakie jest, czasem śmieszne, rzadko mądre, głównie głupie, ale funkcjonować na nim zdarza się, bracia i siostry, wielu z nas, którego to absurdalnego w większości kontekstów zaimka osobowego użyłby każdy zapewne wielebny. Tak też i mi zdarzyło się posiadać tam od kilku już lat konto, raz mniej, innym zaś razem jeszcze mniej eksploatowane.

Nie jest to jednak wpis sponsorowany, jak dotąd udało mi się uniknąć prostytucji. Cóż zatem miałem na celu, zapyta ten lub ów, klecąc tak grafomanią nazwania godny – choć nie nazbyt obszerny – akapit wstępu? Na pewno nie obiad, odpowiem.

Pedał, kurwa, w moim samochodzie?!

Zwykle nie mam w zwyczaju odpowiadać na komentarze czy też w jakikolwiek sposób ustosunkowywać się do nich w osobnych wpisach. Ale tym razem pozwolę sobie zrobić wyjątek. W postaci takich dwóch króciutkich przykładów z dnia przedwczorajszego, które akurat dość dobrze pasują.

Prison Break et al – winni!

No, koniec obijania się. Pomilczało mi się trochę za długo, jak na mój własny gust. Ale jest przynajmniej kilka powodów, które, jeśli odpowiednio je naciągnąć, mogłyby służyć jako usprawiedliwienie dla mnie. Oto i one, w liczbie pięciu (przy czym jeden ma aż dwa podpowody):

Nigiri hosomaki uramaki futomaki

Nigiri-zushi sushiMusi Szanowny Czytelnik wiedzieć, że cechuję się daleko posuniętymi skłonnościami narcystycznymi. Dlatego, sam ochłonąwszy już z zachwytu nad własnym geniuszem, postanowiłem i z Czytelnikiem podzielić się radością z tego, że wszystko, do czego się zabiorę, robię idealnie i nie ma rzeczy, która mogłaby mi się nie udać!

Postanowiłem wczoraj dokształcić swoje, i tak już najwyższej klasy, zdolności kulinarne. Tym razem padło na sushi, którego jestem bezkrytycznym wielbicielem. A planowaliśmy (wszak nie tylko ja) owo przedsięwzięcie już od kilku dni. Tak uczciwie patrząc, to miał być mój, i chyba nie tylko mój, pierwszy raz z samodzielnym przygotowaniem sushi!

Tato, jestem gejem

Father and SonSzoków lepiej zwykle nie doznawać. Robią z reguły źle na serce. Jednak jeśli już jakiś od czasu do czasu musi się napatoczyć, lepiej żeby był w miarę pozytywny. To przynajmniej gwarantuje, że zawał przeżyje się z uśmiechem na twarzy.

Miałem nie uprawiać na tym blogu emocjonalnego ekshibicjonizmu. Ale nie mówiłem, że nie będę w ogóle odnosił się do mojego prywatnego życia, czyż nie? Ale ten, bądź co bądź wcale nie drobny, epizod wart jest przytoczenia. Bo była to ostatnia rzecz, jakiej mógłbym się kiedykolwiek spodziewać. I na jaką mógłbym liczyć.

Beowulf 3D IMAX

Na w pełni trójwymiarowym filmie byłem dotąd tylko jeden raz. A było to jakieś pięć czy sześć lat temu, kiedy jeszcze w liceum wybraliśmy się z klasą do nowo powstałego kina IMAX na jakąś, teraz rzekłbym nędzną, animację promującą filmy 3D. Cóż, zrobiło wrażenie, ale tylko wizualne. Poza tym jakoś tak, jak to w burzliwej młodości bywa, przed projekcją nie omieszkaliśmy ze znajomymi wypić w parku kilku napojów średnio procentowych, przez co przez większą część seansu myślałem raczej o wzywającej mnie coraz natarczywiej łazience. Od tego czasu wiele razy planowałem ponownie nawiedzić IMAX, wszak dojechać na Sadybę to wcale nie takie znowu halo, ale jakoś się nie zeszło… do wczoraj.

A właśnie w dniu wczorajszym miałem gigantyczną przyjemność wybrać się do kina IMAX na film „Beowulf 3D” :] Jakoś tak wcześniej niewiele słyszałem o najnowszej ekranizacji, ale jak tylko zrobiło się o niej trochę głośniej, wiedziałem już, że muszę to obejrzeć. I to nie na zwykłym ekranie (bo film grany jest w każdym kinie), ale tak, jak należy, czyli w pełnym 3D. Jak postanowiłem, tak zrobiłem, a wrażenia swe poniżej opisałem.