ARCHIWA

Jazzująco mi

Niestety zbliżająca się krokami nieprzyzwoicie wielkimi sesja, a w niej kilka zaliczeń (na szczęście przynajmniej nie egzaminów), oraz fakt, że muszę uratować z tego semestru tyle, ile się tylko da, otóż dwa te główne powody sprawiają, że nie mam niestety zbyt wiele wolnego czasu. A i tak nie sypiam po nocach, udało mi się osiągnąć ostatnio średnią około dwóch godzin snu na dobę.

Prison Break et al – winni!

No, koniec obijania się. Pomilczało mi się trochę za długo, jak na mój własny gust. Ale jest przynajmniej kilka powodów, które, jeśli odpowiednio je naciągnąć, mogłyby służyć jako usprawiedliwienie dla mnie. Oto i one, w liczbie pięciu (przy czym jeden ma aż dwa podpowody):

Muzycznie

Od jakiegoś czasu słucham w kółko jednej piosenki. Niektórzy pewnie znają, inni nie. A jest to Mermaid Song by Sarah Khider. No i tak jakoś mnie naszło, żeby ją tu zamieścić. Posłuchajcie doskonałości w jednej z jej postaci:

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

Nigiri hosomaki uramaki futomaki

Nigiri-zushi sushiMusi Szanowny Czytelnik wiedzieć, że cechuję się daleko posuniętymi skłonnościami narcystycznymi. Dlatego, sam ochłonąwszy już z zachwytu nad własnym geniuszem, postanowiłem i z Czytelnikiem podzielić się radością z tego, że wszystko, do czego się zabiorę, robię idealnie i nie ma rzeczy, która mogłaby mi się nie udać!

Postanowiłem wczoraj dokształcić swoje, i tak już najwyższej klasy, zdolności kulinarne. Tym razem padło na sushi, którego jestem bezkrytycznym wielbicielem. A planowaliśmy (wszak nie tylko ja) owo przedsięwzięcie już od kilku dni. Tak uczciwie patrząc, to miał być mój, i chyba nie tylko mój, pierwszy raz z samodzielnym przygotowaniem sushi!

Tato, jestem gejem

Father and SonSzoków lepiej zwykle nie doznawać. Robią z reguły źle na serce. Jednak jeśli już jakiś od czasu do czasu musi się napatoczyć, lepiej żeby był w miarę pozytywny. To przynajmniej gwarantuje, że zawał przeżyje się z uśmiechem na twarzy.

Miałem nie uprawiać na tym blogu emocjonalnego ekshibicjonizmu. Ale nie mówiłem, że nie będę w ogóle odnosił się do mojego prywatnego życia, czyż nie? Ale ten, bądź co bądź wcale nie drobny, epizod wart jest przytoczenia. Bo była to ostatnia rzecz, jakiej mógłbym się kiedykolwiek spodziewać. I na jaką mógłbym liczyć.

Beowulf 3D IMAX

Na w pełni trójwymiarowym filmie byłem dotąd tylko jeden raz. A było to jakieś pięć czy sześć lat temu, kiedy jeszcze w liceum wybraliśmy się z klasą do nowo powstałego kina IMAX na jakąś, teraz rzekłbym nędzną, animację promującą filmy 3D. Cóż, zrobiło wrażenie, ale tylko wizualne. Poza tym jakoś tak, jak to w burzliwej młodości bywa, przed projekcją nie omieszkaliśmy ze znajomymi wypić w parku kilku napojów średnio procentowych, przez co przez większą część seansu myślałem raczej o wzywającej mnie coraz natarczywiej łazience. Od tego czasu wiele razy planowałem ponownie nawiedzić IMAX, wszak dojechać na Sadybę to wcale nie takie znowu halo, ale jakoś się nie zeszło… do wczoraj.

A właśnie w dniu wczorajszym miałem gigantyczną przyjemność wybrać się do kina IMAX na film „Beowulf 3D” :] Jakoś tak wcześniej niewiele słyszałem o najnowszej ekranizacji, ale jak tylko zrobiło się o niej trochę głośniej, wiedziałem już, że muszę to obejrzeć. I to nie na zwykłym ekranie (bo film grany jest w każdym kinie), ale tak, jak należy, czyli w pełnym 3D. Jak postanowiłem, tak zrobiłem, a wrażenia swe poniżej opisałem.