Silva rerum
17 lutego 2012 - piątekgodzina 02:27
Nie da się ukryć, że od założenia tego bloga minęło trochę czasu. Nie jest to może czas nie wiadomo jak imponujący, ale kilka lat zdążyło się już zebrać. A w nierozerwalnym z faktem tym związku pozostaje fakt kolejny, którego w równym stopniu ukryć nie sposób: lat tych rzeczonych dodatkowych przybyło i Jaśnie Oświeconemu Autorowi. Dwóm powyższym dłużny nie pozostaje jeszcze jeden: Autor krową nie jest, za czym znów idzie Jego błogosławiona umiejętność korzystania z tego, czego Bozia Mu bynajmniej nie poskąpiła, czyli intelektu. I wreszcie dwa ostatnie implikują fakt dla wpisu niniejszego najważniejszy: zmienia Autor z czasem swe zacne poglądy. I o nich właśnie, choć jedynie w kontekście tego bloga, chciałbym dziś napisać kilka słów.
„Ale po co?” – zapyta może co bardziej dociekliwy z Czytelników. Odpowiem wtedy: otóż jakieś tam szczątkowe poczucie wpojonej mi przyzwoitości podpowiada mi, że dawnym Czytelnikom należy się słowo wyjaśnienia. Nowi budzą we mnie dość mizerne zainteresowanie, ale poczytać sobie mogą, jeśli taka wola.
Tym razem troszkę w innym temacie :-) Kilka dni temu pewien chłopiec pokazał mi, i jestem w tym po uszy zakochany, kilku chińsko-mongolskich wykonawców muzyki dla dzieci. Dziecięcych wykonawców. Śpiewają sobie chińskie albo mongolskie tradycyjne utwory, głównie te dla dzieci, ale także swoje własne, autorskie. I wszystkie w klimacie klasycznej chińskiej muzyki. Właściwie chcę tylko zamieścić tu kilka z nich, nie mogę się powstrzymać, są tak ładne, optymistyczne i przyjemne dla ucha, a przy tym wywołują mimowolny uśmiech na twarzy, że po prostu trzeba je poznać! Dzieci te, a przynajmniej w dwóch poniższych przypadkach, to kilkuletnie dziewczynki śpiewające wspólnie ze swoimi rodzicami. Co dodaje piosenkom dodatkowego uroku, ponieważ przyjmują one często formę dialogu, nauki itp. Niestety nie pokuszę się o przetłumaczenie Czytelnikowi słów, ponieważ są częściowo w języku mongolskim, którego tajników nie było mi, na razie, dane poznać…
Jak wszem wobec wiadomo, są miejsca, gdzie dwóm paniom lub dwóm panom nie odmawia się praw obywatelskich wynikających ze wspólnego życia i pozwala się im prawnie usankcjonować swój związek. Ale są też i takie, gdzie nie odmawia się im i innych praw związanych z faktem, że tworzą rodzinę. Jednym z tych drugich jest Holandia. Atrakcyjna również z paru innych powodów :-). Tam pary takie mają prawo na przykład do adopcji dzieci. A dzieci te mają prawo do posiadania rodziny, a nie szansy na wylądowanie w rynsztoku, kiedy już wyrzucone zostaną z sierocińca. Dwoma słowy – wszystkim dobrze. No a przynajmniej na to wygląda. Choć ostatnio trochę mniej, ale mniejsza, nie o tym dziś.
Na początek musisz wiedzieć, drogi Gościu, że nie uprawiam tu emocjonalnego ekshibicjonizmu nieszczęśliwego i skrzywdzonego przez życie geja.




