Ponieważ od założenia bloga Homikus Pospolitus minęło już trochę, a mija coraz więcej, czasu, niezbędnym okazało się kilku rzeczy sprostowanie. Dlatego równie niezbędne wydaje mi się zapoznanie się, Szanowny Gościu, z następującym wpisem: Silva rerum.

Związki partnerskie a demokracja

Demokracja (gr. δημοκρατία demokratia rządy ludu, od wyrazów δῆμος demos lud, rozumiany jako ogół pełnoprawnych obywateli + κρατέω krateo rządzę) – ustrój polityczny, w którym źródło władzy stanowi wola większości obywateli (sprawują oni rządy bezpośrednio lub za pośrednictwem przedstawicieli).

[kryteria] Współczesne:
Wedle współczesnych kryteriów, za państwa stricte demokratyczne uznawane być mogą tylko te, których ustrój opiera się formalnie i realnie na:

  • (…)
  • instytucjonalnej ochronie praw obywatelskich – wyrażającej się w stwarzaniu formalnych zabezpieczeń obywateli przed nadmierną i nieuzasadnioną ingerencją władzy w ich sprawy.

W zależności od stopnia spełniania zasad, ze 112 państw uchodzących formalnie w 2007 roku za demokratyczne:

  • 28 kwalifikowało się do miana pełnych demokracji,
  • 54 do demokracji ułomnych (w tym Polska na 18. miejscu, wyższym w UE tylko od Bułgarii i Rumunii).

źródło: Wikipedia

Zamierzam posługiwać się dziś uproszczeniami i uogólnieniami. Dla zrozumienia poniższego (czyli tego, co Autor miał na myśli) wymagany jest pewien minimalny poziom arcywspaniałej – ale jakże okrutnie i barbarzyńsko dziś niedocenianej! – cechy zwanej inteligencją. Jeśli nie czuje się Czytelnik na siłach, odradzam kontynuację.

Odnoszę czasem wrażenie – ba! mam nawet tego pewność niemal całkowitą – że niektórzy Towarzysze mają nieco wypaczoną wizję demokracji. Powyżej pozwoliłem sobie przytoczyć fragmenty definicji tego, jak się okazuje, trudnego słowa, a że Wikipedią nie jestem, odsyłam do pełnego w niej artykułu, aby mógł się Czytelnik dowiedzieć, czym demokracja jest. A poniżej dla odmiany pozwolę sobie napisać (zaznaczając przy tym wyraźnie, że to już moje własne ustalenia), czym demokracja NIE JEST.

Zatem nie jest demokracja:

  • wolnością absolutną, w której każdy robi, co mu się żywnie podoba – taki niby system nazywać zwykło się anarchią,
  • ustrojem, w którym każdy jest równy i dostaje to, co mu się należy, na co zasługuje i jest szczęśliwy z wszech panującej sprawiedliwości, a władza tylko mu dogadza – taki system nazywamy socjalizmem,
  • władzą całego narodu, jakkolwiek tłumaczenie słowa tego na frazę władza ludu kusząco by nie brzmiało.

Szczególnie ważnym dla moich dzisiejszych rozważań jest punkt ostatni. Jest demokracja rządami większości, czyż nie? Władzą ludu jednak trudno ją nazwać, bo czymże innym byłoby to w sytuacji, w której – czysto hipotetycznie – wola nieco ponad połowy społeczeństwa (powiedzmy 51%) uznawana zostaje bez mrugnięcia okiem za wolę całości, jeśli nie tylko daleko idącym nadużyciem semantycznym. Ale niech już będzie, ktoś mądry rzekł przed laty:

Stwierdzono, że demokracja jest najgorszą formą rządu, jeśli nie liczyć wszystkich innych form, których próbowano od czasu do czasu.

Winston Churchill

Osobiście się nie zgodzę, ale nie o moje polityczne fantazje i urojenia dziś chodzi. To może innym razem, przy ognisku i gitarze oraz potężnym słoiku psilocybe cubensis.

thomas-jefferson-democracy

Jest zatem demokracja rządami większości (choćby i większość ta była w rzeczywistości praktycznie połową). Ergo, jeśli większość ta rzeczona, choćby i połową będąca, nie życzy sobie pedalskich rodzin w granicach swych przez Pana Naszego uświęconych ziem, cóż nam poradzić? Pozostaje pokornie schylić głowę i przyjąć do wiadomości wolę ludu w nadziei, że ludowi temu dane w końcu kiedyś będzie ujrzeć jutrzenkę intelektualnego oświecenia, wychynie z mroków średniowiecza i jego zabobonów, po czym z radością i w skrajnym upojeniu dorzuci nam jeszcze dzieci do adopcji na dokładkę. Podsumowując: jest demokracja rządami pewnych grup pewnych określonych interesów i nic na to poradzić nie możemy.

ALE!

Nie jest również demokracja:

  • rządami sankcjonowanymi przez i opierającymi swe prawa na religii – to dla odmiany teokracja (choć jej elementy mam w Polsce stosowane na szeroką skalę),
  • systemem, w którym przez większość uznane za nieprzydatne i zwyrodniałe jednostki poddaje się jakiejś formie eliminacji ze zdrowej całości – tu mielibyśmy do czynienia raczej z faszyzmem,
  • ustrojem, w którym uznana przez lud za ułomną i wykluczona mniejszość może chwalić Pana na Wysokościach (s przepraszam, tego chyba też nie może) w podzięce za to, że w ogóle żyje – to byłby komunizm,
  • dbaniem o interesy tylko i wyłącznie jednej wąskiej grupy bardziej lub mniej bezpośrednio trzymającej władzę i podporządkowaniem wszystkiego temu jednemu celowi – w ten sposób wkradłaby nam się tu autokracja czy tyrania, a to nieładne.

Obowiązkiem każdego rządu, który śmie nazywać się demokratycznym jest zatem – przy dbaniu przede wszystkim o interesy grupy czy grup, które go wybrały i które reprezentuje jako partia polityczna – dbanie również o wszystkich pozostałych. Słowy trzema: o całe społeczeństwo. Nie mówię o opiece w socjalistycznym jej rozumieniu, ale o dbanie o to, aby każdemu w kraju żyło się dobrze, a nawet co raz lepiej, i żeby pogłębiać i poszerzać powszechne zadowolenie. Bo jest jednak rząd demokratyczny, jakkolwiek wybrany, rządem całego narodu i przed całym społeczeństwem odpowiada. A zatem…

equality4all…nie może rząd ten marginalizować czy lekce sobie ważyć żadnej, choćby najmniejszej społeczności identyfikowanej jako grupa społeczna. A nie są wszak geje i lesbijki grupą taką znowu małą. Nie mówię tu o statystykach, bo tymi sobie można co najwyżej wyłożyć podłogę w łazience. Faktem niezaprzeczalnym jest, że coś na kształt ruchu emancypacyjnego nasila się z roku na rok i to widać gołym okiem. Jak zatem można ignorować potrzeby tak relatywnie dużej części społeczeństwa? Tak, potrzeby. Związki partnerskie w czysto prawnym ich rozumieniu są potrzebą wielu tysięcy obywateli. I nie są to żadne fanaberie grupki fanatyków, dotyczy to olbrzymiej grupy ludzi, którzy w tym cholernym kraju płacą podatki, utrzymują armię emerytów i rencistów (przy całej naszego państwa hojności na tym polu) oraz napędzają wspaniałą kapitalistyczną gospodarkę. I którzy, jeśli tylko sami potrafiliby zdać sobie z tego sprawę i jeśli tylko inni też potrafiliby zdać sobie z tego sprawę, mogliby mieć realny i znaczący wpływ na układ sił politycznych.

Tym bardziej, że nikomu ani pośrednio, ani bezpośrednio krzywdy by to żadnej nie zrobiło, na życie większości wpływu by nie miało, a tak wielu by uszczęśliwiło. Bo chyba w tej demokracji chodzi jednak o to, aby interesy większości jakoś z interesami mniejszości pogodzić. No, ale w końcu żyjemy tyko w demokracji ułomnej. Społeczeństwo mamy przyzwyczajone do mechanizmów autokratycznych, więc mechanizmy te powiela, nie znając innych. Więc przynajmniej popisać sobie mogę. Chyba.

Podsumowując wszystko powyższe: my tu nie prosimy o łaskę i wspaniałomyślność, pobłażliwe pozwolenie na zabawę w rodzinę. Żądamy tego, co się nam w państwie demokratycznym od tego państwa należy. I wcześniej czy później to dostaniemy, bo – na szczęście! – tak właśnie demokracja działa.

Na zakończenie jeszcze jedna rzecz. W dyskusji o związkach partnerskich tu i ówdzie tacy czy inni ignoranci rzucają ciągle tymi samymi dwoma czy trzema oklepanymi niby to kluczowymi prawami, jakich to niby się wszyscy tu domagamy. A to że dziedziczenie, a to że szpital, bla, bla, bla. To wszystko ważne, ale sprawa jest nieco bardziej skomplikowana i nie można pomijać i innych, równie ważnych argumentów. Jakiś czas temu przy jakiejś tam okazji pewna w pewnych kręgach nielubiana gazeta opublikowała taką to krótką listę, którą w swej zapobiegliwości zachowałem (artykuł nie jest już dostępny), a którą pozwolę sobie tutaj zacytować. Proszę sobie przemyśleć to i owo:

Prawa, których nie mają pary homoseksualne:

  • do informacji o stanie zdrowia i podejmowania decyzji o leczeniu partnera/ki,
  • do adopcji dziecka po zmarłym,
  • do wspólnego opodatkowania,
  • do objęcia bezrobotnego/ej partnera/ki ubezpieczeniem zdrowotnym,
  • do renty rodzinnej lub emerytury po zmarłym partnerze/rce,
  • do dziedziczenia ustawowego (mieszkania, samochodu itd.) i zaliczenia partnera(ki) do I grupy spadkowej (partnerzy mogą dziedziczyć tylko na mocy testamentu, płacąc najwyższe podatki i podlegając tzw. zachówkowi krewnym zmarłego),
  • do „dziedziczenia” prawa do lokalu komunalnego na zasadzie „osoby, która pozostawała faktycznie we wspólnym pożyciu z najemcą”,
  • do ubiegania się o członkostwo w spółdzielni i ustanowienia spółdzielczego lokatorskiego prawa do lokalu mieszkalnego po zmarłym,
  • do dysponowania wkładem pieniężnym na rachunku bankowym zmarłego (tak jak małżonkowie: kwota do 20-krotnego przeciętnego wynagrodzenia może być wypłacona i nie wchodzi do masy spadkowej),
  • do odmowy składania zeznań w procesie karnym i postępowaniu podatkowym, administracyjnym i cywilnym, gdyby mogły one obciążyć partnera,
  • do pochowania zmarłego partnera (zmarłej partnerki).

źródło: Gazeta Wyborcza

Mam w temacie jeszcze kilka słów do powiedzenia i napisania, ale z uwagi na fakt, że spłodziłem powyżej tekst i tak już dość długi, pozwolę sobie zostawić resztę na kolejny wpis, który zasponsoruje – obok literki H i cyferki 7 – kwestia nomenklatury, która robi więcej złego, niż dobrego.

Good day to you, sir!

OCEŃ, PROSZĘ:
Nie podoba mi się...Podoba mi się!
ocena: +10, głosów: 10
Loading ... Loading ...
Już  76 Czytelników Homikus Pospolitus: Hetero Friendly Gay Blog postanowiło ułatwić sobie część życia ściśle związaną z odwiedzinami na blogu. Jeśli spodobał Ci się ten wpis, możesz zrobić to i Ty dzięki zahomikowaniu kanału RSS. W ten sposób będziesz na biężąco z moją radosną twórczością. Możesz również podać mi adres e-mail, dzięki czemu informacje o nowościach otrzymasz na swoją skrzynkę pocztową. E-mail wysyłany jest raz dziennie, chyba że nie pojawił się żadnen nowy wpis. Zapraszam!

trackback

RSS

KOMENTARZE (5):

  1. 2011-03-13
    20:21  

    Jak można pozbawiać mniejszość tak wielu praw, z których większość korzysta każdego dnia i nawet nie potrafi docenić ich wartości.. To jakaś masakra.. :(

  2. 2011-03-16
    01:59  
    izno

    Dobrze widzieć, że blog nie jest martwy :)

  3. 2011-03-16
    04:16  

    Raz martwy, innym razem nie – tak to już ze mną będzie :)

  4. 2011-03-16
    16:21  

    Lepiej, żeby nie był martwy ;)

  5. 2011-06-07
    08:11  

    może i post dość dawno dodany, ale i tak pokuszę się o komentarz. ^^

    może i sensownie mówisz, ale prawda jest taka, że nikt Cię w żadnym istotnym miejscu, niestety, nie zacytuje. a powinieneś być cytowany w naprawdę wielu miejscach, nie tylko w sejmach i tym podobnych. bo przecież nie można oczekiwać po politykach rozumienia istoty demokracji, podczas gdy wybierają ich ludzie, którzy o niej nie wiedzą kompletnie nic. edukację trzeba by zacząć od… wszystkich w sumie.

    w jednej rzeczy się z Tobą nie zgodzę. „I wcześniej czy później to dostaniemy, bo – na szczęście! – tak właśnie demokracja działa.” szczerze wątpię, niestety. ;)

    pzdr.

linia

ZAHOMIKUJ KOMENTARZ:

Jeśli chcesz, aby przy Twoim komentarzu wyświetlił się Twój avatar,
zarejestruj swój adres e-mail w serwisie Gravatar.