No i znów mi się pomilczało troszkę dłużej, niż wypada i bym chciał. A raczej nie chciał w ogóle. No ale cóż, trochę w tym sił wyższych, zawsze przeciwko mnie będących, a trochę moich innych zajęć, o których to już za chwilę. Mam jednak nadzieję, że wspaniali moi Czytelnicy nie będą mieć mi tego za złe, zważywszy na fakt, że wszystkie te powody usprawiedliwieniem są przewybornym, a i o malutkim homikusie świadczyć mogą wcale nie najgorzej. Bartek do dechy (jak mawiał mój światły matematyk w liceum) i do wyjaśnień przystąp!
Powodem pierwszym i najważniejszym zaistniałej sytuacji są pewne osobiste, acz wielkiej wagi, sprawy. Otóż trochę się w gronie moich najbliższych przyjaciół ostatnio zawirowań przydarzyło. A ponieważ do głupot bardzo temu daleko, spędziłem ostatnie dwa tygodnie głównie z nimi. I choć niewielką tylko pomoc mogę im zaoferować, nad czym ubolewam wielce i z czym czuję się źle, robię co mogę, aby być przy nich i wpierać ich. Mam nadzieję, że nie popełniam na tym polu za wielu błędów i że ostatecznie wyjdzie to na dobre, a nie popsuje wszystkiego jeszcze bardziej. No ale time shall tell, jak mawiają mędrcy.
Drugim zaś powodem, w dodatku będącym głównym tematem niniejszego wpisu, jest pewne moje nowe przedsięwzięcie. Otóż, jak już zdarzyło mi się napisać w notatkach instant, ubzdurało mi się w pewnym momencie, że stworzę angielską wersję bloga. Męczyło mnie to na tyle długo, że aż uległem w końcu swojej niezaspokajalnej, wywindowanej w kosmos ambicji i postanowiłem dumania przekuć na działania. Zorganizowałem nową domenę, dostosowałem szablon i przetłumaczyłem wszystkie jego elementy, następnie przetłumaczyłem i odpowiednio uzupełniłem strony statyczne (info, kontakt etc.), sprawdziłem, czy działa jak należy, po czym podpiąłem pod domenę i uruchomiłem.
Ale to, by być szczerym, jeszcze nic. Czeka mnie przełożenie i ewentualne niezbędne zmodyfikowanie oraz uzupełnienie wszystkich wpisów z tych kilku miesięcy. Kilka już jest gotowych (dlatego w ogóle o tym piszę), ale to dopiero początek. Cała masa czeka na swoją kolej. A to, jak Czytelnik łatwo może się domyśleć, nie jest wcale takie sobie hop siup. Angielski opanowałem do jakiegoś tam poziomu, może nawet wcale nie tak prymitywnego, ale wciąż nie jest angielski moim ojczystym językiem. A ponieważ jestem homikiem pedantycznym, rzetelnym i ambitnym, staram się, aby wyglądało to jak najlepiej.
Nawet nie marzę o tym, że będzie to brzmiało jak porządny język, ale dokładam wszelkich starań, aby przynajmniej nie było prymitywne, a jednocześnie było zrozumiałe. Co mi z tego wyjdzie, czas pokaże. Na razie jestem pełen zapału i optymizmu.
A dlaczego właściwie to robię? Szczerze mówiąc, nie do końca potrafię powiedzieć. Jest chyba kilka powodów, każdy nie bez swoich racji. Po pierwsze, pałam nieodpartą i wieczną żądzą zrobienia czegoś więcej, niż robię w danym momencie. To błogosławieństwo i przekleństwo zarazem :] Po drugie, pozwoli mi to na zintensyfikowanie kontaktu z językiem angielskim, wzbogacenie słownictwa i pewną praktykę. Po trzecie, być może chciałbym, w ostatecznym zamierzeniu, dotrzeć także do jak największej liczby odbiorców z innych krajów, ponieważ blog prowadzony przez polskiego młodego geja może okazać się tworem na tyle egzotycznym, że aż nawet interesującym. Zobaczymy. I wreszcie po czwarte, może chciałbym być jednym z garstki (nie mówię pierwszym, bo właściwie nie mam pojęcia, jak wygląda sytuacja, ale na razie nie znam innych) polskim blogerem, który samodzielnie prowadzi swój blog w dwóch językach. Albo i więcej, bo zaczyna mi chodzić po głowie jeszcze niemiecki. A może kiedyś nawet chiński? Cha cha! :] To się nazywa próżność! Bo ego, zupełnie jak ambicje, także mam wywindowane w kosmos, a próżność wspomniana też za niezaspokajalną uznana zostać musi.
No nic, poczekamy – zobaczymy. Zainteresowani moimi postępami mogą śledzić je na
Zdaję sobie sprawę, że mój angielski może budzić wiele wątpliwości. Więc proszę o jedno – nie jestem zainteresowany wyśmiewaniem go. Jest na razie jaki jest i tyle. W sumie moja sprawa. Ale tak czy siak – zapraszam :]




Na początek musisz wiedzieć, drogi Gościu, że nie uprawiam tu emocjonalnego ekshibicjonizmu nieszczęśliwego i skrzywdzonego przez życie geja.





09:34
podziwiam, szczerze podziwiam! :)
10:15
To komentarze tez mamy tlumaczyc? ;)
Hehe, a tak powaznie to powodzenia, ja na pewno bede zagladac :)
15:22
moze lepiej rozwinac bloga po polsku, skoro jak widać mało czasu dla niego poswiecasz :)
20:48
sa polskie blogi prowadzone w dwoch jezykach jednoczesnie, zobacz jak to wyglada np u dziewczyn http://houseofart.blogspot.com/
ale podziwiam, ze Ci sie chce ;)
00:34
off topic, ale częściej tu piszesz, niż w sinotece
przekaż rządowi chińskiemu moje gorące życzenia
aby spotkał go wreszcie los, jaki powienien być udziałem wszystkich obrzydliwych satrapów ( a w tym przypadku – również ludobójców ), to jest upadek, więzienie i niesława
21:34
jak napisać jak najwięcej o tym, co się chce napisać. prosimy więcej treści w treści, to i tłumaczyć się potem będzie szybciej :D
18:35
Może zamiast tłumaczyć wszystkie notki po prostu zacznij „od teraz” prowadzenie bloga po angielsku? Znając życie i tak minie trochę czasu zanim ludzie na tyle zainteresują się blogiem, by przeglądać wstecz jego archiwum. Może lepiej częściej pisać na polskim homikusie, a zarazem na angielskim. NOWE notki ;-)
00:44
Taki też jest plan, a wersja EN ma być dodatkową mobilizacją :]
Ha! Ale tam grono redaktorek jest wcale liczne, a ja tu jestem sam jeden! ;)
Postaram się, ale taki już mam styl pisania… Zawsze miałem, co ma swoje wady i zalety, oczywiście. Ale nie potrafię inaczej…
Jest to jak najbardziej słuszne! Dziękuję za radę i pozwolę sobie uwzględnić ją w moich poczynaniach :]
13:09
Tak, blogowanie po angielsku to dobry pomysł jak się nie chce utracić kontaktu z językiem po zakończeniu nauki tegoż… Powodzenia życzę!