No, koniec obijania się. Pomilczało mi się trochę za długo, jak na mój własny gust. Ale jest przynajmniej kilka powodów, które, jeśli odpowiednio je naciągnąć, mogłyby służyć jako usprawiedliwienie dla mnie. Oto i one, w liczbie pięciu (przy czym jeden ma aż dwa podpowody):
Powód numer 1: nie było mnie przez jakiś czas w Warszawie w związku z tymi całymi świętami i wyjazdami z nimi związanymi. Wcale mi się nie chciało, ale mus to mus. A w rozjazdach, jak to się zdarza, dostęp do Internetu lekko utrudniony.
Powód numer 2: dostałem pilne zlecenie w związku ze współuczestnictwem w wydaniu podręcznika do języka chińskiego. Ponad półtora tygodnia siedziałem nad tym i niczym innym. Wymyślenie, zredagowanie, sprawdzenie zestawów ćwiczeń i krótkich tekstów to, wierzcie mi, wcale niełatwe zadanie. Ale podołałem, choć z lekkim poślizgiem, to udało mi się rzetelnie swoje zadanie wykonać. Przypłaciłem to prawie brakiem wolnego czasu, snu i innych przyjemności życia. Zyskałem doświadczenie i, naturalnie, wymierną korzyść materialną.
Powód numer 3: No dobrze, to nie tak że 24h na dobę zarzynałem się jak dziki osioł. Ale wolny czas w całości i po brzegi wypełniało mi oddawanie się mojemu najnowszemu nałogowi. Krótko mówiąc – wpadłem w ciąg Prison Break. W ciągu kilku dni poszedł cały pierwszy sezon i kawałek drugiego. Nie mogę się od tego oderwać. Chyba naprawdę potrzebuję jakiejś grupy wsparcia. A czemu właściwie aż tak mnie to pochłonęło? W końcu to tylko prymitywna telewizyjna rozrywka. Przyczyny są dwie: po pierwsze jest to serial naprawdę świetnie skonstruowany i od pierwszej do ostatniej minuty trzymający we wciągnięciu i w stanie wzmożonego przykucia uwagi. Po drugie – niejaki Wentworth Miller. Zakochałem się. Oglądam to prawie tylko z jego powodu. Aż wstyd się przyznać, ale z drugiej strony to nawet ciekawe doświadczenie poczuć się jak piszcząca 15-latka :] No czyż on nie jest boski?
Powód numer 4: sesja. Trochę mi się w życiu namieszało w okresie ostatnich kilku miesięcy, co niestety zaowocowało, rzekłbym, raczej luźnym podejściem do studiów. To oznacza, że muszę aktualnie dać z siebie znacznie więcej niż jestem w stanie, aby uratować ten semestr. No, może trochę przesadzam, właściwie to mam na myśli tylko jeden przedmiot. Ale za to jaki… Aktualnie jestem w trakcie zintensyfikowanych wysiłków prowadzących do ukończenia prezentacji na temat „Walki frakcyjne w kierownictwie Komunistycznej Partii Chin w latach 1959-1969″. Ciekawe, czyż nie?
Powód numer 5: przygotowuję reaktywację innego mojego serwisu, który w ostatnich czasach troszkę sobie podumarł. A ponieważ reaktywacja nastąpić ma w całkiem nowym wcieleniu – trochę to pracochłonne. Na razie nic więcej nie mówię, nie omieszkam się zareklamować w odpowiednim czasie.
Reasumując – mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa. Do usłyszenia niebawem!




Na początek musisz wiedzieć, drogi Gościu, że nie uprawiam tu emocjonalnego ekshibicjonizmu nieszczęśliwego i skrzywdzonego przez życie geja. Ba! Wręcz przeciwnie, żyję w cudownej zgodzie z moim wcale nie najgorszym światem. Co zatem właściwie miałem i mam na celu, zakładając i pisząc ten blog? Otóż dwie rzeczy. Primo - chcę przynajmniej trochę otworzyć temu nie najlepszemu ze społeczeństw oczy na fakt, że homik jest takim samym człowiekiem, jak każdy inny. Kocha, czuje, cieszy się, smuci, raduje, uczy, studiuje, głosuje, ma poglądy polityczne, bawi się, ma znajomych, pracuje itp. itd. Secundo - chcę przynajmniej trochę pokazać, że gej może czuć się dobrze i żyć w zgodzie ze sobą i ze światem. Niech blog ten będzie moim małym prywatnym wkładem w poprawianie tego świata...





00:41
Nieźle piszesz, będę zaglądał częściej.
Pozdr.
S3
00:33
Powodzenia w nauce :) sesje potrafią być dobijające, ale odnoszę coś wrażenie, że sobie poradzisz zarówno z obowiązkami jak i cybernetycznym hobby.
00:35
O dziękuję bardzo :]
Ja co prawda tak dobrej myśli nie jestem, ale staram się i pewnie jak zwykle mi się wszystko upiecze…
12:32
Miło znowu zobaczyć… Podręcznik chińskiego brzmi ciekawie… Z seriali niestety znam tylko You rand M’ Lord, ale pan Miller ma ciekawy tatuaż ;). Z sesją i u mnie problem – statystyka i ekonomia :/…
03:55
Na szczęście to tylko niby-tatuaż na potrzeby filmu. Choć co tam na szczęście czy na nieszczęście, co mi to zmienia, o nim to ja sobie mogę do poduszeczki pomarzyć…