Jak rzekłem, tak też zrobiłem i na debatę poniedziałkową się udałem. Rozpoczęła się z lekkim poślizgiem i trwała do godziny około 22. Nie jestem w stanie ocenić, czy o liczbie obecnych na sali można powiedzieć, że była duża albo mała, siedziałem sobie cały czas na przedzie i nie miałem wglądu na salę. Ale mało ludzi raczej nie było.
Ogólne wrażenia? Bardzo mieszane. Z jednej strony strasznie się cieszę, że inicjatywy takie są podejmowane i oby było ich jak najwięcej bez względu na wszystko inne. Z drugiej strony odniosłem wrażenie panującego wielkiego bałaganu w całej sprawie. Gdybym chciał przytoczyć jakieś konkretne postulaty wysunięte w czasie dwugodzinnej debaty – nie potrafiłbym tego zrobić.
Nie jestem politykiem, nie jestem nauczycielem, nie jestem uczniem, ani także nikim innym, którego całe zagadnienie mogłoby w jakiś sposób bezpośrednio dotyczyć. Szkołę skończyłem już dawno i problem w zasadzie mnie osobiście nie dotyczy. Do czego zmierzam, chodzi mi o to, że nie znam już sytuacji w szkołach i środowiskach nauczycielskich, więc pogadać tu sobie mogę na razie tylko z punktu widzenia homika, któremu sprawa ogólnie jest po prostu bliska. Niegłupiej analizy zresztą dokonał już Adam Ostolski, jeden z autorów bloga Krytyka Polityczna.
Jednym z ważniejszych założeń dyskusji był fakt, że w każdej szkole uczy się wiele osób homoseksualnych i należy im się prawo do jawnego mówienia o swojej orientacji oraz prawo do poczucia równości, bezpieczeństwa i braku wrogości. Kolejne to potrzeba wychowania młodych pokoleń na ludzi otwartych światopoglądowo, nieograniczonych wpajaniem im jednego systemu wartości. Polska to kraj, przynajmniej w teorii, demokratyczny i faworyzowanie jednego przestarzałego, destrukcyjnego chrześcijańskiego systemu moralnego (w praktyce w postaci lekcji religii, które są dla mnie jedną z chorób tego zafajdanego systemu edukacji) jest nie do pomyślenia.
Ogólny wniosek mamy więc taki: tak, zdecydowanie należy poruszać w szkołach tematykę gejów i lesbijek. Jeden z biorących udział w debacie dyrektorów ma już nawet pewne bardzo konkretne, choć gorzkie, doświadczenia. Otóż z okazji organizowanych w jego liceum półtora roku temu Dni Tolerancji zaprosił między innymi Roberta Biedronia. W ostatniej jednak chwili okazało się, że rada pedagogiczna (nie bez agitacji szkolnego księdza) w nosie ma pedałów i żadnego z nich nie wpuści na teren szkoły, żeby przypadkiem nie namówił kilku młodych chłopców na swoją dewiację. A miało być tak pięknie. Jak rzekł dyrektor, „dni tolerancji okazały się być dniami nietolerancji”. Ale na jedno jest jasność. Otóż dyrektor ów jest jak najbardziej za i bardzo by chciał, aby tematykę tę wreszcie sensownie poruszyć.
Czyli mamy pierwszą przeszkodę: sprzeciw ze strony grona pedagogicznego i ewentualnie rodziców. To było do przewidzenia i byłbym w szoku, gdyby miało być inaczej. Nauczyciela do niczego się nie zmusi i nawet jeśli programowo edukację taką wprowadzi się do szkół, to już od każdego z nich będzie zależało, czy przeprowadzi takie zajęcia ze swoją klasą, czy też przekaże jej wręcz przeciwne idee.
Dyrektor kolejnego liceum okazał się nie być aż tak pomysłowi przychylny. Jak sam deklaruje, nie obchodzi go zupełnie, czy w jego szkole są geje, lesbijki i ewentualnie ile ich jest. A ograniczenie zagadnienia tolerancji do homoseksualności jest niewłaściwe. Powinno się zacząć od tolerancji jako takiej, szerzej pojętej. Cóż, nie sposób nie zgodzić się ze smutną prawdą, że Polacy po brzegi wypełnieni są wszelkimi społeczno-narodowymi fobiami. Ale to żadna nowość.
Mamy tu zatem pogląd: a jakże, uczmy tolerancji, to taka piękna rzecz, ale poruszanie tematu w kontekście gejów i lesbijek to już trochę za dużo. Pogląd bardzo bezpieczny.
Tyle o szkołach publicznych. Wspaniałe wrażenie zrobił na mnie dyrektor warszawskiego Wielokulturowego Liceum Humanistycznego im. Jacka Kuronia. Jego szkoła zresztą nie gorsze. No ale cóż, w szkole prywatnej pozwolić sobie można na znacznie więcej innowacji programowych czy eksperymentów. Również ze względu na jej z reguły znacznie mniejsze rozmiary. I tak właśnie wygląda to w przypadku tej konkretnej. Młodzież od samego początku wychowuje się tu w świadomości różnorodności społecznej i w pełnej dla niej akceptacji. W efekcie liceum kończą ludzie wspaniale przygotowani do harmonijnego życia w społeczeństwie i niemający problemów z czyjąkolwiek odmiennością od większości. Chyba polubię szkoły prywatne.
Z niedyrektorskiego punktu widzenia swoje poglądy przedstawiła Magdalena Środa. Zresztą, jej zdanie o palącej konieczności wprowadzenia do szkół, nazwijmy to, „edukacji seksualnej”, usunięcia śmiesznych (to mój epitet) zajęć z religii itp. są raczej znane. I właśnie w ramach takiego wychowania seksualnego miałyby być poruszane zagadnienia związane z orientacją homoseksualną. Na przeszkodzie stoi jednak pewien kluczowy czynnik – zupełny brak woli politycznej, która jest tu niezbędna. I nie chodzi o wymysły w rodzaju zajęć sugerowanych czy fakultatywnych czy opcjonalnych. Chodzi o wprowadzenie obowiązku, przydzielenie normalnych godzin lekcyjnych, wydanie odpowiednich podręczników (niektóre z obecnych to stek uprzedzeń i stereotypów katols… katolickich pseudomyślicieli – włos się jeży). A obecna opcja polityczna woli takiej z pewnością nie zamierza wykazywać. Do wszystkiego dochodzi jeszcze problem „aksjomatu świętości rodziny”.
Jeśli chodzi natomiast o Roberta Biedronia, to on sam najlepiej przedstawił swoje stanowisko w artykule opublikowanym w dzisiejszej Gazecie Wyborczej (za link dziękuję Abiektowi). Więc nie będę mówił za niego. Ale pewnie nie każdemu się zachce go czytać, więc przytoczę najciekawsze fragmenty:
Przekazana niedawno przez media informacja, że „Tęczowy elementarz” może się znaleźć wśród pomocy dydaktycznych dla nauczycieli i w bibliotekach szkolnych, sprawiła, że znów obudziły się demony uprzedzeń – geje i lesbijki chcą wkroczyć do szkół, uczyć o homoseksualności, namawiać do niej nasze dzieci.
W ostatnich latach politykom udało się wykreować atmosferę strachu wśród nauczycieli. W polskich szkołach nie mówi się więc o gejach i lesbijkach.
Wiedza na temat gejów i lesbijek, jakiej dostarczają nasze podręczniki szkolne, jest niezwykle poniżająca. Podstawy programowe do przedmiotu szkolnego „wychowanie do życia w rodzinie” umieszczają tematykę orientacji homoseksualnej wśród „zakłóceń i trudności w osiąganiu tożsamości płciowej” lub „braku akceptacji własnej płci”. Podręcznik „Zanim wybierzesz. Przygotowanie do życia w rodzinie – podstawy wychowania seksualnego” (autorzy: M. i W. Grabowscy, A i M. Niemyscy, M. i P. Wołochowiczowie) nazywa homoseksualność „jednym z najbardziej znanych zaburzeń w przeżywaniu swojej płciowości”. Można też przeczytać: „Generalnie postawa homoseksualna jest formą zaprzeczenia własnej płciowości i wyrazem lęku przed partnerem płci odmiennej oraz agresji wobec samego siebie. Jest związana z zaburzeniem tożsamości płciowej w okresie jej formowania się, przy kłopotach okresu dojrzewania”.
Najdalej idzie T. Król, autorka podręcznika „Wędrując ku dorosłości, Przygotowanie do życia w rodzinie dla uczniów starszych klas szkoły podstawowej”. Pisze: „Dążność do zaspokojenia popędu seksualnego może przybierać formy zniekształcone. Należą do nich: homoseksualizm, biseksualizm, ekshibicjonizm, narcyzm, pedofilia, kazirodztwo, sadyzm, masochizm, transseksualizm”.
O homoseksualności rzadko lub w ogóle nie wspomina się na innych przedmiotach – z wyjątkiem biologii i religii, oczywiście katolickiej, gdzie podkreśla się grzeszność aktów homoseksualnych.
Warto pamiętać, że geje i lesbijki są w polskiej szkole. Statystycznie, jeśli wziąć pod uwagę badania dotyczące liczby osób homoseksualnych w społeczeństwie, gej lub lesbijka jest w każdej klasie. Wśród nich są także homoseksualni nauczyciele.
Z niedawno przeprowadzonych przez Kampanię przeciw Homofobii badań w ramach europejskiego programu Schoolmates wynika, że ponad 80 proc. młodzieży używa na porządku dziennym słów „pedał”, „ciota” i „lesba”. Słowa te uważane są przez młodzież za najbardziej obraźliwe.
Przemoc psychiczna wobec osób homoseksualnych lub – co chyba ma miejsce najczęściej – podejrzewanych o bycie homoseksualnymi jest zjawiskiem tak powszechnym w polskich szkołach, że można zaryzykować tezę, iż przestało się ją zauważać.
Z tych powodów trzeba zacząć promować wiedzę o osobach homoseksualnych. Promocja ta obnażyłaby mit spopularyzowany przez Giertycha o tym, że do bycia gejem albo lesbijką można kogoś namówić. Namawiać można co najwyżej do tolerancji i szacunku dla drugiego człowieka.
Geje i lesbijki mają swoją godność. W polskich szkołach dowiadują się, że są patologią, której najlepiej się pozbyć. Kiedyś tego typu przesądy prowadziły do prześladowań i masowej eksterminacji osób homoseksualnych. Czy te doświadczenia z przeszłości niczego nas nie nauczyły?
No przytoczyła mi się zdrowo jedna trzecia, ale mam nadzieję, że Gazeta Wyborcza się na mnie nie obrazi.
Ależ się rozpisałem… Ciekawym, czy ktoś w ogóle dotrwał aż do tego miejsca. Halo? Dotrwał ktoś?
Słowem podsumowania, bo naturalnie nie udało mi się przytoczyć wszystkich poruszonych podczas debaty zagadnień: czeka nas dużo pracy. Nas, bo sam zamierzam się w nią czynnie zaangażować. Ale pierwszą i najważniejszą moim zdaniem kwestią, jest potrzeba uświadomienia młodym ludziom, że homoseksualność to cały zespół czynników, a nie tylko preferencje łóżkowe! To tak straszliwie niesprawiedliwe… Sam co i rusz spotykam się z tymi prymitywnymi poglądami, wygłaszanymi także pogardliwie wobec mnie. Ale coś tam już skrobnąłem na ten temat, więc nie będę się powtarzał.
Oby więcej takich debat, oby trafić z nimi do o wiele szerszych kręgów społeczeństwa.
PS: Naturalnie nie obyło się bez zgrzytów. Pojawiła się oczywiście grupka młodzieńców nastawionych zdecydowanie antagonistycznie. Kilku z nich przemycało swoje poglądy pod koniec debaty. Cała reszta czekała przed wejściem z pięknymi transparentami:
Czyż to nie urocze? Istny komitet pożegnalny :]




Na początek musisz wiedzieć, drogi Gościu, że nie uprawiam tu emocjonalnego ekshibicjonizmu nieszczęśliwego i skrzywdzonego przez życie geja.





01:43
Pytanie – czy dyskusja w „przyjacielskim” gronie wnosi coś nowego? Jak walczyć o normalnośc? Jakie nowe metody stosować? Na to myślę, ani Biedroń, ani nikt z nas nie potrafi sobie odpowiedzieć. Wiemy, że jest lepiej, że idziemy do przodu małymi kroczkami, ale jak uderzyć. Jeśli mamy pisać o homoseksualizmie to chętnie bym też zaproponował szerszą debatę na ten temat – jak na nowo bić się o tolerancję.
10:37
Ciekawe jak to prowadzą na Bednarskiej… 2 społeczne LO trzeba by wybadać jedna z najbardziej otwartych szkół w Wawie – ma klimat :)…
17:42
Abiekcie, zgadzam się z Tobą. Ale są dwa ale.
Po pierwsze: dyskusja w gronie „nieprzyjacielskim” wymaga odpowiedniego poziomu kultury , wiedzy i inteligencji obu stron. Niestety ci najgłośniejsi „z drugiej strony barykady”, to prymitywni krzykacze, zaślepienie swoją ideologią i całkowicie zamknięci na rzeczową, logiczną i także moralną argumentację. W takich warunkach to niemożliwe.
Po drugie: nawet rozmowy w gronie „przyjacielskim”, ale odpowiednio obecne na przykład w mediach, mają potencjał. Przynajmniej nikt nie stosuje na nich prymitywnego języka uprzedzeń. Jeśli nawet takie dysputy trafią do znacznie szerszych, niezwiązanych i nawet „na nie” kręgów społecznych, to może to przynieść wiele dobrego.
A uderzyć chyba nie ma jak. Bo właściwie po co? To nie jest kraj, gdzie z takimi rzeczami można uderzać, bo od razu spotkałoby się to z odruchowym irracjonalnym sprzeciwem. Jeśli na przykład tak przecież wciąż u nas niewielkie Parady Równości czy inne tego rodzaju imprezy wzbudzają tak wiele kontrowersji…
Z drugiej strony zawsze byłem wielkim zwolennikiem terapii szokowych. Ale nie mogę pozbyć się przekonania, że terapie szokowe to nie w Polsce.