Spotkanie z Bartoszem Żurawieckim

Kampania Przeciw Homofobii zaprasza na spotkanie z Bartoszem Żurawieckim, autorem właśnie wydanej książki ‘Ja, czyli 66 moich miłości’ (Sic!, 2007).

Bohater powieści zakłada sobie profil w gejowskim portalu randkowym, za pośrednictwem którego nawiązuje liczne znajomości i romanse. Nie brakuje tu odważnych scen, często jednak przeradzają się one w groteskę. Najnowsza powieść Żurawieckiego zaskakuje, skrzy się humorem i prowokuje do myślenia, naruszając seksualne tabu.

Spotkanie z autorem odbędzie się w siedzibie KPH w Warszawie przy ul. Żelaznej 68 (I piętro) w środę, 14 listopada o godz. 20.00. Wstęp wolny, zapraszamy!

Bartosz Żurawiecki – (ur. 1971) pisarz – autor powieści ‘Trzech panów w łóżku, nie licząc kota. Romans pasywny’ (2005) i zbioru dramatów ‘Erotica alla polacca’ (2005) oraz krytyk filmowy (”Film”, “Przekrój”, ‘Tygodnik Powszechny’).

Książkę można już od jakiegoś czasu zakupić sobie na przykład w internetowym sklepie Sefer.pl.

Sam jeszcze tego nie zrobiłem, ale o książce tej słyszałem już co nieco, między innymi na spotkaniu autorskim Roberta Biedronia. Poza tym na pewno wybiorę się na środowy wieczór autorski Żurawieckiego, więc mam nadzieję, że, jak w przypadku “Tęczowego Elementarza”, jego książka wywrze na mnie tak samo pozytywne wrażenie i przy okazji nie omieszkam stać się jej szczęśliwym posiadaczem, a następnie czytelnikiem.

W sferze literatury o tematyce gejowskiej dzieje się w Polsce ostatnio coraz więcej. Niestety chroniczny brak czasu nie pozwala mi na śledzenie wydań w tempie i z uwagą, jakich bym sobie życzył, ale zainteresowanych najnowszymi pozycjami… hm… “branżowymi” odsyłam do artykułu na portalu homiki.pl. Polecam!

A ja zbieram się na razie i zbieram do zgłębienia “Elementarza” i mi to coś od piątku wciąż nie wychodzi… W moim życiu dzieje się ostatnio tak, rzekłbym, całkiem sporo rzeczy… dziwnych… Ale ponieważ nie tylko takich, czas jest u mnie aktualnie na wagę złota.

W związku z tym ogłaszam niniejszym! Oddam fortunę za kilka dodatkowych godzin na dobę! Oferty proszę nadsyłać na adres e-mail podany w stopce strony. Proszę tylko o poważne zgłoszenia! :]
OCEŃ, PROSZĘ:

Silva rerum

Nie da się ukryć, że od założenia tego bloga minęło trochę czasu. Nie jest to może czas nie wiadomo jak imponujący, ale kilka lat zdążyło się już zebrać. A w nierozerwalnym z faktem tym związku pozostaje fakt kolejny, którego w równym stopniu ukryć nie sposób: lat tych rzeczonych dodatkowych przybyło i Jaśnie Oświeconemu Autorowi. Dwóm powyższym dłużny nie pozostaje jeszcze jeden: Autor krową nie jest, za czym znów idzie Jego błogosławiona umiejętność korzystania z tego, czego Bozia Mu bynajmniej nie poskąpiła, czyli intelektu. I wreszcie dwa ostatnie implikują fakt dla wpisu niniejszego najważniejszy: zmienia Autor z czasem swe zacne poglądy. I o nich właśnie, choć jedynie w kontekście tego bloga, chciałbym dziś napisać kilka słów.

„Ale po co?” – zapyta może co bardziej dociekliwy z Czytelników. Odpowiem wtedy: otóż jakieś tam szczątkowe poczucie wpojonej mi przyzwoitości podpowiada mi, że dawnym Czytelnikom należy się słowo wyjaśnienia. Nowi budzą we mnie dość mizerne zainteresowanie, ale poczytać sobie mogą, jeśli taka wola.

Chciałem początkowo zmienić po prostu opis bloga, ale nagle nie przystawałoby to do jego dawnych treści. Tak więc niech wpis ten będzie rewizją po latach.

Cóż się zatem zmieniło? Przede wszystkim to, że cel, który przyświecał mi przed laty, kiedy blog ten powstawał, zdążył w moim przypadku ulec co najmniej dezaktualizacji. Powiem więcej: w oczach mych uległ wręcz ostatecznej dewaluacji. Przypomnę co bardziej leniwemu Gościowi, że celem tym było:

(…) dwie rzeczy. Primo – chcę przynajmniej trochę otworzyć temu nie najlepszemu ze społeczeństw oczy na fakt, że homik jest takim samym człowiekiem, jak każdy inny. Kocha, czuje, cieszy się, smuci, raduje, uczy, studiuje, głosuje, ma poglądy polityczne, bawi się, ma znajomych, pracuje itp. itd. Secundo – chcę przynajmniej trochę pokazać, że gej może czuć się dobrze i żyć w zgodzie ze sobą i ze światem. Niech blog ten będzie moim małym prywatnym wkładem w poprawianie tego świata…

Et caetera, et caetera, et caetera. No aż rzygnąć można. Przepraszam na chwilę.

OK, jestem z powrotem. No więc. Nie interesuje mnie już pokazywanie czy udowadnianie czegokolwiek, zmienianie świata (również któregokolwiek) i inne tego typu ideały, które dziś tłumaczę swym nieco młodszym wówczas wiekiem. Ekhm. Ba! Rzekłbym nawet, że dziś – jeśli miałoby mnie to w ogóle w jakimkolwiek stopniu obchodzić – interesowałoby mnie coś zgoła przeciwnego. I w tym momencie, dla pobudzenia wyobraźni, najlepiej będzie, jeśli Czytelnik Szanowny do dalszego czytania posłucha sobie piosenki:

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

A ująłbym to tak:

fuck you!NIE JESTEM TAKI JAK WY I CHUJ WAM DO TEGO, KURWIE SYNY I CÓRY! ZAJMIJCIE SIĘ SWOIM KAPRAWYM ŻYCIEM I WYPIERDALAĆ, KURWA, OD MOJEGO!

O proszę, o ile lepiej. I rzygać się nie chce, i przekaz prosty, i słownictwo raczej zrozumiałe. Na swój sposób jest to nawet wzruszające. Widzisz zatem, Szanowny Czytelniku, że nie interesuje mnie już dążenie to tak obłudnie zwanej tolerancji, akceptacji i Shiva wie jeszcze czego. Powiem nieco bardziej dosadnie: mam na to wyjebane. Albo nie, źle mówię. Ostatnio gdzieś napisałem, że:

To właściwie nie tak, że mam na wszystko wyjebane, jako że implikuje to posiadanie jakiegoś do wszystkiego stosunku. W moim przypadku stosunek rzeczony po prostu był łaskaw nie zaistnieć.

I powyższe właśnie idealnie obrazuje mój aktualny stosunek do sprawy. Zresztą, nie tylko tej, a wielu, wielu innych. Ach, jak dużo niewłaściwych dotąd możliwości to przede mną otwiera! Bo wszak nie oczekuję już niczego od tego gówno wartego społeczeństwa, a tym bardziej już nie oczekuję czegokolwiek od tego gówno większe jeszcze wartego państwa, w którym za jakąś chyba okrutną karę przyszło mi przebywać. A w związku z tym, mogę bez cienia hipokryzji obrażać, nietolerować, nieakceptować, wyżywać się, wyśmiewać, gardzić, wywyższać się, poniżać, wkurwiać, wyzywać, etc., etc. A pole do popisu olbrzymie! Dajmy na to idiotów. Albo katolski beton. Ha! Będzie zabawa, będzie używanie!

A wracając nieco bardziej do tematu. Co zatem z moją tu i ówdzie widoczną agitacją, na przykład w temacie związków partnerskich? Prawda jest taka, że robiłem to – i podkreślam, że nadal będę robił! – tylko z poczucia solidarności. Bo, jeśli mam być zupełnie szczery, mam na związki partnerskie również wyjebane. A raczej w ogóle.

Ponadto, mam też wyjebane, a raczej w ogóle, na kwestie samej homoseksualności i wciąż istniejących wokół tematu kontrowersji. Choroba? Chuj mnie to. Nie choroba? Chuj mnie to. Wrodzony? Chuj mnie to. Nabyty? Chuj mnie to. Bo skoro z chujem tym moim – lub też czyimś, różnie to bywa – upodobałem sobie robić akurat to, co sobie upodobałem, to reszta mnie ponownie chuj. Grunt, żeby mi było dobrze. No, i ewentualnie drugiemu chujowi. Albo chujom.

Ekhm, ekhm. Spada mi poziom wypowiedzi. Ale momencik, nie tak szybko z takimi! Mam wyjebane. A raczej w ogóle.

Stand Up! Week w Irlandii

Stand Up! Week to coroczna akcja dążąca do zwiększenia pozytywnego stosunku do młodzieży LGBT, zwalczenia homofobii i przemocy na jej tle oraz do budowy przyjacielskich relacji wśród młodych ludzi i pracowników organizacji młodzieżowych.

W tym roku Stand Up! Week organizowany jest w dniach 4-15 kwietnia w szkołach i organizacjach na terenie całej Irlandii.

W trakcie trwania tygodnia Stand Up! Week nauczyciele i pracownicy organizacji proponować będą młodzieży najróżniejsze zajęcia rozrywkowe i edukacyjne. Akcja ma na celu poszerzenie świadomości i wzajemnego wsparcia wśród młodych ludzi, a także zminimalizowanie występowania aktów przemocy fizycznej i słownej. Pakiet Edukacyjny Stand Up! Week będzie zawierał materiały takie jak: plakaty, płyty dvd, naklejki czy propozycje zajęć i warsztatów. Ponadto organizowane będą inne przedsięwzięcia popularyzujące akcję, aby zachęcić młodzież do udziału w tygodniu Stand Up! Week.

A wszystko to piszę tylko po to…

…aby zaprezentować poniższy klip promujący rzeczoną akcję, który – skromnym moim zdaniem – zrealizowany został na poziomie co najmniej prawie najwyższym 🙂

A nie najwyższym jedynie dlatego, że niektóre momenty wydały mi się, hm… jak by to ująć, nieco mętnie pomyślane. Ale to może tylko moje wrażenie.

Związki partnerskie a demokracja

Demokracja (gr. δημοκρατία demokratia rządy ludu, od wyrazów δῆμος demos lud, rozumiany jako ogół pełnoprawnych obywateli + κρατέω krateo rządzę) – ustrój polityczny, w którym źródło władzy stanowi wola większości obywateli (sprawują oni rządy bezpośrednio lub za pośrednictwem przedstawicieli).

[kryteria] Współczesne:
Wedle współczesnych kryteriów, za państwa stricte demokratyczne uznawane być mogą tylko te, których ustrój opiera się formalnie i realnie na:

(…)
instytucjonalnej ochronie praw obywatelskich – wyrażającej się w stwarzaniu formalnych zabezpieczeń obywateli przed nadmierną i nieuzasadnioną ingerencją władzy w ich sprawy.

W zależności od stopnia spełniania zasad, ze 112 państw uchodzących formalnie w 2007 roku za demokratyczne:

28 kwalifikowało się do miana pełnych demokracji,
54 do demokracji ułomnych (w tym Polska na 18. miejscu, wyższym w UE tylko od Bułgarii i Rumunii).

źródło: Wikipedia

Zamierzam posługiwać się dziś uproszczeniami i uogólnieniami. Dla zrozumienia poniższego (czyli tego, co Autor miał na myśli) wymagany jest pewien minimalny poziom arcywspaniałej – ale jakże okrutnie i barbarzyńsko dziś niedocenianej! – cechy zwanej inteligencją. Jeśli nie czuje się Czytelnik na siłach, odradzam kontynuację.

Odnoszę czasem wrażenie – ba! mam nawet tego pewność niemal całkowitą – że niektórzy Towarzysze mają nieco wypaczoną wizję demokracji. Powyżej pozwoliłem sobie przytoczyć fragmenty definicji tego, jak się okazuje, trudnego słowa, a że Wikipedią nie jestem, odsyłam do pełnego w niej artykułu, aby mógł się Czytelnik dowiedzieć, czym demokracja jest. A poniżej dla odmiany pozwolę sobie napisać (zaznaczając przy tym wyraźnie, że to już moje własne ustalenia), czym demokracja NIE JEST.

Zatem nie jest demokracja:

wolnością absolutną, w której każdy robi, co mu się żywnie podoba – taki niby system nazywać zwykło się anarchią,
ustrojem, w którym każdy jest równy i dostaje to, co mu się należy, na co zasługuje i jest szczęśliwy z wszech panującej sprawiedliwości, a władza tylko mu dogadza – taki system nazywamy socjalizmem,
władzą całego narodu, jakkolwiek tłumaczenie słowa tego na frazę władza ludu kusząco by nie brzmiało.

Szczególnie ważnym dla moich dzisiejszych rozważań jest punkt ostatni. Jest demokracja rządami większości, czyż nie? Władzą ludu jednak trudno ją nazwać, bo czymże innym byłoby to w sytuacji, w której – czysto hipotetycznie – wola nieco ponad połowy społeczeństwa (powiedzmy 51%) uznawana zostaje bez mrugnięcia okiem za wolę całości, jeśli nie tylko daleko idącym nadużyciem semantycznym. Ale niech już będzie, ktoś mądry rzekł przed laty:

Stwierdzono, że demokracja jest najgorszą formą rządu, jeśli nie liczyć wszystkich innych form, których próbowano od czasu do czasu.

Winston Churchill

Osobiście się nie zgodzę, ale nie o moje polityczne fantazje i urojenia dziś chodzi. To może innym razem, przy ognisku i gitarze oraz potężnym słoiku psilocybe cubensis.

thomas-jefferson-democracy

Jest zatem demokracja rządami większości (choćby i większość ta była w rzeczywistości praktycznie połową). Ergo, jeśli większość ta rzeczona, choćby i połową będąca, nie życzy sobie pedalskich rodzin w granicach swych przez Pana Naszego uświęconych ziem, cóż nam poradzić? Pozostaje pokornie schylić głowę i przyjąć do wiadomości wolę ludu w nadziei, że ludowi temu dane w końcu kiedyś będzie ujrzeć jutrzenkę intelektualnego oświecenia, wychynie z mroków średniowiecza i jego zabobonów, po czym z radością i w skrajnym upojeniu dorzuci nam jeszcze dzieci do adopcji na dokładkę. Podsumowując: jest demokracja rządami pewnych grup pewnych określonych interesów i nic na to poradzić nie możemy.

ALE!

Nie jest również demokracja:

rządami sankcjonowanymi przez i opierającymi swe prawa na religii – to dla odmiany teokracja (choć jej elementy mam w Polsce stosowane na szeroką skalę),
systemem, w którym przez większość uznane za nieprzydatne i zwyrodniałe jednostki poddaje się jakiejś formie eliminacji ze zdrowej całości – tu mielibyśmy do czynienia raczej z faszyzmem,
ustrojem, w którym uznana przez lud za ułomną i wykluczona mniejszość może chwalić Pana na Wysokościach (s przepraszam, tego chyba też nie może) w podzięce za to, że w ogóle żyje – to byłby komunizm,
dbaniem o interesy tylko i wyłącznie jednej wąskiej grupy bardziej lub mniej bezpośrednio trzymającej władzę i podporządkowaniem wszystkiego temu jednemu celowi – w ten sposób wkradłaby nam się tu autokracja czy tyrania, a to nieładne.

Obowiązkiem każdego rządu, który śmie nazywać się demokratycznym jest zatem – przy dbaniu przede wszystkim o interesy grupy czy grup, które go wybrały i które reprezentuje jako partia polityczna – dbanie również o wszystkich pozostałych. Słowy trzema: o całe społeczeństwo. Nie mówię o opiece w socjalistycznym jej rozumieniu, ale o dbanie o to, aby każdemu w kraju żyło się dobrze, a nawet co raz lepiej, i żeby pogłębiać i poszerzać powszechne zadowolenie. Bo jest jednak rząd demokratyczny, jakkolwiek wybrany, rządem całego narodu i przed całym społeczeństwem odpowiada. A zatem…

equality4all…nie może rząd ten marginalizować czy lekce sobie ważyć żadnej, choćby najmniejszej społeczności identyfikowanej jako grupa społeczna. A nie są wszak geje i lesbijki grupą taką znowu małą. Nie mówię tu o statystykach, bo tymi sobie można co najwyżej wyłożyć podłogę w łazience. Faktem niezaprzeczalnym jest, że coś na kształt ruchu emancypacyjnego nasila się z roku na rok i to widać gołym okiem. Jak zatem można ignorować potrzeby tak relatywnie dużej części społeczeństwa? Tak, potrzeby. Związki partnerskie w czysto prawnym ich rozumieniu są potrzebą wielu tysięcy obywateli. I nie są to żadne fanaberie grupki fanatyków, dotyczy to olbrzymiej grupy ludzi, którzy w tym cholernym kraju płacą podatki, utrzymują armię emerytów i rencistów (przy całej naszego państwa hojności na tym polu) oraz napędzają wspaniałą kapitalistyczną gospodarkę. I którzy, jeśli tylko sami potrafiliby zdać sobie z tego sprawę i jeśli tylko inni też potrafiliby zdać sobie z tego sprawę, mogliby mieć realny i znaczący wpływ na układ sił politycznych.

Tym bardziej, że nikomu ani pośrednio, ani bezpośrednio krzywdy by to żadnej nie zrobiło, na życie większości wpływu by nie miało, a tak wielu by uszczęśliwiło. Bo chyba w tej demokracji chodzi jednak o to, aby interesy większości jakoś z interesami mniejszości pogodzić. No, ale w końcu żyjemy tyko w demokracji ułomnej. Społeczeństwo mamy przyzwyczajone do mechanizmów autokratycznych, więc mechanizmy te powiela, nie znając innych. Więc przynajmniej popisać sobie mogę. Chyba.

Podsumowując wszystko powyższe: my tu nie prosimy o łaskę i wspaniałomyślność, pobłażliwe pozwolenie na zabawę w rodzinę. Żądamy tego, co się nam w państwie demokratycznym od tego państwa należy. I wcześniej czy później to dostaniemy, bo – na szczęście! – tak właśnie demokracja działa.

Na zakończenie jeszcze jedna rzecz. W dyskusji o związkach partnerskich tu i ówdzie tacy czy inni ignoranci rzucają ciągle tymi samymi dwoma czy trzema oklepanymi niby to kluczowymi prawami, jakich to niby się wszyscy tu domagamy. A to że dziedziczenie, a to że szpital, bla, bla, bla. To wszystko ważne, ale sprawa jest nieco bardziej skomplikowana i nie można pomijać i innych, równie ważnych argumentów. Jakiś czas temu przy jakiejś tam okazji pewna w pewnych kręgach nielubiana gazeta opublikowała taką to krótką listę, którą w swej zapobiegliwości zachowałem (artykuł nie jest już dostępny), a którą pozwolę sobie tutaj zacytować. Proszę sobie przemyśleć to i owo:

Prawa, których nie mają pary homoseksualne:

do informacji o stanie zdrowia i podejmowania decyzji o leczeniu partnera/ki,
do adopcji dziecka po zmarłym,
do wspólnego opodatkowania,
do objęcia bezrobotnego/ej partnera/ki ubezpieczeniem zdrowotnym,
do renty rodzinnej lub emerytury po zmarłym partnerze/rce,
do dziedziczenia ustawowego (mieszkania, samochodu itd.) i zaliczenia partnera(ki) do I grupy spadkowej (partnerzy mogą dziedziczyć tylko na mocy testamentu, płacąc najwyższe podatki i podlegając tzw. zachówkowi krewnym zmarłego),
do „dziedziczenia” prawa do lokalu komunalnego na zasadzie „osoby, która pozostawała faktycznie we wspólnym pożyciu z najemcą”,
do ubiegania się o członkostwo w spółdzielni i ustanowienia spółdzielczego lokatorskiego prawa do lokalu mieszkalnego po zmarłym,
do dysponowania wkładem pieniężnym na rachunku bankowym zmarłego (tak jak małżonkowie: kwota do 20-krotnego przeciętnego wynagrodzenia może być wypłacona i nie wchodzi do masy spadkowej),
do odmowy składania zeznań w procesie karnym i postępowaniu podatkowym, administracyjnym i cywilnym, gdyby mogły one obciążyć partnera,
do pochowania zmarłego partnera (zmarłej partnerki).

źródło: Gazeta Wyborcza

Mam w temacie jeszcze kilka słów do powiedzenia i napisania, ale z uwagi na fakt, że spłodziłem powyżej tekst i tak już dość długi, pozwolę sobie zostawić resztę na kolejny wpis, który zasponsoruje – obok literki H i cyferki 7 – kwestia nomenklatury, która robi więcej złego, niż dobrego.

Good day to you, sir!

Dzień Przeciw Homofobii (IDAHO)

Międzynarodowy Dzień Przeciw Homofobii (IDAHO) obchodzony jest na całym świecie każdego roku dnia 17 maja. Oficjalnie uznawany jest przez Unię Europejską i wiele innych krajów, w sumie około pięćdziesiąt, na całym świecie. Dzień ten ma na celu koordynację najróżniejszych międzynarodowych i lokalnych imprez i wydarzeń kulturalnych związanych ze społeczną emancypacją osób LGBT. W przeciwieństwie do czerwcowo-lipcowych imprez określanych po angielsku jako Pride Day czy Pride Month (w języku polskim wciąż brak zręcznego tłumaczenia), które mają na celu pokazanie, że odstępstwo od heteronorm nie jest niczym, czego można by się wstydzić, IDAHO jest dniem, w którym podkreśla się, że

(…) w rzeczywistości to homofobia jest czymś haniebnym i to z nią należy otwarcie walczyć, aby zdewaluować jej społeczną logikę.

źródło: In what way does
the IDAHO differ from Gay or LGBT Pride Day?

Dlaczego akurat 17 maja? Otóż tego właśnie dnia w 1990 roku homoseksualność została usunięta z Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób Światowej Organizacji Zdrowia. W tym roku mija dwudziesta rocznica tego pamiętnego wydarzenia, natomiast Dzień Przeciw Homofobii obchodzony jest po raz szósty.

Co roku dzień obchodzony jest z przyświecającymi mu różnymi myślami przewodnimi. W ty i w przyszłym roku przyszła pora na religie. Chodzi mianowicie o zmuszenie liderów religijnych do wyrażenia swoich opinii nie o homoseksualności, ale o homofobii i o przemocy wobec osób LGBT.

Zaznaczyć również trzeba, że tym roku, czyli 17 maja 2010, prezydent Portugalii ogłosił ostateczne i pełne zrównanie w prawach związków homo z małżeństwami hetero.

Z okazji Międzynarodowego Dnia Przeciw Homofobii przewodniczący Parlamentu Europejskiego, Jerzy Buzek, wystosował coś na kształt orędzia. Ponieważ, jak wszystkim zapewne wiadomo, Herr Buzek jest Polakiem i to w dodatku z tych, po których kiedyś jeszcze nie spodziewałbym się prezentowanego dziś przez niego stanowiska, bardzo, ale to bardzo warto orędzie to zamieścić tutaj. Nie znalazłem nigdzie kompletnego tłumaczenia, więc wykonałem je sam. Mam nadzieję, że dla wszystkich nieanglomownych Czytelników będzie ono zrozumiałe.

Na koniec jeszcze krótki film relacjonujący Marsz, który odbył się z okazji Dnia w Brukseli. Wzięło w nim udział około 30 tysięcy (trzydziestu tysięcy) osób.

Kto wie, może Warszawskie Parady będą kiedyś choć w jednej dziesiątej podobne, szczególnie pod względem liczby uczestników, do powyższej? Na razie czekać trza na EuroPride 2010, być może czeka nas miłe zaskoczenie 🙂

źródła: Wikipedia, IDAHO et al

Wypożycz sobie geja

Od zawsze byłem – i jestem nadal – wielkim entuzjastą czytania. Ileż razy wypożyczałem książki z lokalnej biblioteki. Książki, które pochłaniałem i które niezmiernie otwierały moją wyobraźnię i percepcję otaczającego nas świata.

Żywa Biblioteka jest jednak jeszcze bardziej interesująca. Nie można w niej wypożyczyć książki, ale osobę. Osobę, która może nie tylko opowiedzieć historię swego życia, ale również odpowiedzieć na Państwa pytania.

Historie, o których opowiadają te osoby, są zupełnie niezwykłe. Powodem jest to, że nie mieszczą się one w głównym nurcie życia. Często oznacza to, że muszą stoczyć ciężką walkę, by zostać zaakceptowanymi przez społeczeństwo. I jeśli nawet tak się stanie, czasami doświadczają dyskryminacji.

Dyskryminacja jest często powodowana lękiem: lękiem przed nieznanym, przed niesłyszanym. To dlatego właśnie gorąco polecam odwiedzenie Żywej Biblioteki w tych dniach i znalezienie czasu na przeczytanie historii ludzkiego życia. Żywe książki, które Państwo tam znajdziecie są świadectwem różnorodności otaczającego nas świata. Bądźcie jej częścią!

Marnix Krop, Ambasador Królestwa Niderlandów w Polsce,
wstęp do Porozmawiajmy o różnorodności [.pdf]

Zdarza się czasem, że wpadnie ktoś na pomysł w swej prostocie genialny. Moment taki wspaniały nastąpił na przykład dziesięć lat temu w Danii podczas międzynarodowego festiwalu muzycznego w Roskilde, kiedy to grupa ludzi związanych z organizacją Stop Przemocy spontanicznie zorganizowała pierwszą żywą bibliotekę, w której wypożyczyć można sobie było człowieka – reprezentanta jednej z dyskryminowanych i postrzeganych stereotypowo grup społecznych, a następnie porozmawiać z nim sobie do woli a szczerze.

Pomysł ten szybko zyskał sobie rzeszę zwolenników i tak w ciągu ostatniej dekady ideę tę podchwycono i zrealizowano w wielu krajach europejskich, a także w Stanach Zjednoczonych, Australii i Kanadzie. W Holandii zyskała sobie ona taką nawet popularność, że w 2005 roku zorganizowano objazdowy Bibliobus, który jeździł do ludzi uczestniczących w różnych festiwalach i innych tego typu imprezach.

I w Polsce Żywe Biblioteki mają już kawałek swojej własnej tradycji. Pierwsza odbyła się 3 marca 2007 roku, oczywiście w Warszawie, zorganizowana głównie przez Stowarzyszenie Lambda Warszawa, w ramach Globalnej Wioski – Święta Różnorodności. Poza kilkoma późniejszymi warszawskimi, Żywe Biblioteki miały swe odsłony w Poznaniu, Grudziądzu, Toruniu, Wrocławiu, Rudzie Śląskiej, Rzeszowie, Opolu, Bydgoszczy i Krakowie, a każdą z nich można uznać za sukces.

Żywa BibliotekaKażda z tych Żywych Bibliotek była nieco inna, w ramach każdej z nich książkami były inne osoby. Oczywiście, grupy społeczne, które miały swoich przedstawicieli często się pokrywały, jednak nie w każdej można było znaleźć na przykład geja czy lesbijkę. Krakowska wyspecjalizowała się nawet w mniejszościach narodowych, a znaleźć można było w niej Argentyńczyka, Białorusina, Hiszpana, Irańczyka, Koreańczyka, Macedończyka, Afrykańczyka, Węgra, Ormianina, Roma czy Turka. Na innych pojawiały się książki takie jak na przykład – poza gejami – ksiądz, ateista, były więzień, osoby z różnymi niepełnosprawnościami, wegetarianin, alkoholik, uchodźca, zakonnica, strażnik miejski (sic!), osoba starsza, feministka i tak dalej, i tak dalej.

Ponieważ Żywe Biblioteki mają naśladować te prawdziwe, organizatorzy dbają o całą otoczkę i odpowiednią nomenklaturę. Tu wszystko już zależy od ich kreatywności, za przykład niech posłużą choćby wrocławskie karty biblioteczne (otrzymywało się je po rejestracji) czy karty katalogowe, z których jedna (Bydgoszcz, wrzesień 2008) brzmiała tak:

Damian, 26 lat
osoba homoseksualna

W każdym społeczeństwie żyje od 5 do 10 proc. osób homoseksualnych. Większość z nich zmuszona jest ukrywać swoją orientację psychoseksualną przed rodziną, znajomymi, współpracownikami. Jeśli dokonują coming outu (ujawniają swoją orientację), niejednokrotnie spotykają się z przejawami agresji i przemocy, problemami w pracy, konfliktami w rodzinie.

Stereotypy związane z homoseksualnymi mężczyznami (gejami): zniewieściali, noszą obcisłe, lateksowe ubrania [sic! – H], myślą tylko o seksie, podrywają wszystkich mężczyzn, których spotykają na swojej drodze.

Żywa Biblioteka Gdańsk 2010Najbliższa Żywa Biblioteka w Polsce odbędzie się już za półtora tygodnia w Gdańsku, w Nadbałtyckim Centrum Kultury 8 i 9 maja, w godzinach 9-17. Na liście jest osoba, której udało się wyjść z bezdomności, osoba czarnoskóra, Żyd, feministka, Muzułmanka, Arab, gej, lesbijka, Tatar, działaczka ekologiczna, ateista, weganka, była alkoholiczka, rodzic dziecka z niepełnosprawnością.

Również w maju Żywą Bibliotekę zorganizuje w Zielonej Górze Stowarzyszenie Lambda Zielona Góra. Dokładny termin na razie nie jest jeszcze znany, ale informacja powinna pojawić się lada dzień na stronie organizatora.

Jeśli zatem ktoś z Szanownych Czytelników znajdzie się w tym czasie w Gdańsku lub w Zielonej Górze, serdecznie zachęcam do odwiedzenia Żywej Biblioteki! Ja sam nie miałem jeszcze przyjemności brać udziału w żadnej z dotychczasowych, jakoś mi informacje o nich niecnie a skutecznie umykały, nie będzie mnie też zapewne w żadnym z wyżej wymienionych miast w odpowiednim czasie, ale wiem już, że jak tylko znów uda się zorganizować Bibliotekę w Warszawie, nie będzie mogło mnie na niej zabraknąć. A kto wie, może i zgłoszę swoją skromną kandydaturę na książkę? 😉

Richard Dawkins: na straży rozumu

Richard Dawkins (ur. w 1941 r) – brytyjski zoolog, etolog, ewolucjonista i publicysta. Do końca 2008 był profesorem katedry Public Understanding of Science na Uniwersytecie Oksfordzkim.

Krytykuje religię jako niebezpieczny nonsens, który uczy wrogości wobec innych ludzi. Po zamachach na World Trade Center i Pentagon wezwał do ostrzejszej krytyki światopoglądów religijnych: Skończmy wreszcie z tym cholernym szacunkiem!. Krytykuje również kreacjonizm, wiarę w zjawiska nadnaturalne i tzw. medycynę alternatywną.

Czasopismo Prospect umieściło Dawkinsa na trzecim miejscu na liście najwybitniejszych współczesnych intelektualistów znanych szerokiej publiczności (wyprzedzili go Noam Chomsky i Umberto Eco).

Za swe osiągnięcia naukowe i pisarskie otrzymał wiele prestiżowych nagród i wyróżnień, w tym między innymi Royal Society of Literature Award (1987), Michael Faraday Award of the Royal Society (1990), International Cosmos Prize for Achievement in Human Science (1997), Kistler Prize (2001), Shakespeare Prize (2005).

źródła: Wikipedia i Racjonalista

Richard Dawkins jest prawdopodobnie znany większości z Szanownych Czytelników, a to przede wszystkim z powodu dość głośnej w Polsce książki jego autorstwa, wydanej w 2007 roku, Bóg urojony (ang. The God Delusion). Którą to pozycję, swoją drogą, z całego mego racjonalistycznego umysłu polecam.

Pozwolę sobie przytoczyć kilka co ciekawszych cytatów Dawkinsa, również za Wikipedią:

Przed Darwinem ateista mógł więc tylko powiedzieć w ślad za Hume’em: Nie umiem wyjaśnić złożoności obiektów biologicznych. Wiem tylko, że Bóg nie stanowi dobrego wyjaśnienia. Musimy więc czekać w nadziei, że ktoś wpadnie na jakiś lepszy pomysł […] Chociaż więc, logicznie rzecz biorąc, można było być ateistą już przed Darwinem, dopiero Darwin sprawił, że ateizm jest w pełni satysfakcjonujący intelektualnie.

Ślepy zegarmistrz

Wielu z nas widziało religię jako nieszkodliwy zabobon. Wierzenia religijne były wprawdzie pozbawione jakichkolwiek wspierających je dowodów, ale uważaliśmy, że skoro ludzie potrzebowali takiej protezy dla pocieszenia, to gdzie tu jest krzywda? 11 września zmienił to wszystko. Ujawnił, że wierzenia religijne nie są nieszkodliwym zabobonem, że mogą być śmiertelnie niebezpiecznym zabobonem. Niebezpiecznym, ponieważ daje ludziom niezachwianą pewność co do własnych racji. Niebezpiecznym, ponieważ daje im odwagę by zabijać siebie, co automatycznie usuwa naturalną przeszkodę w zabijaniu innych. Niebezpiecznym dlatego, że uczy wrogości wobec innych ludzi tylko dlatego, że odziedziczyli inny rodzaj duchowej tradycji. I niebezpieczny również dlatego, że wszyscy uznaliśmy, że religii należy się ten bezwarunkowy i wyjątkowy dla religii szacunek zwalniający ją od normalnego krytycyzmu. Skończmy wreszcie z tym cholernym szacunkiem!

po atakach z 11 września 2001

Ale dziś właściwie chciałem napisać nie tyle o samym Richardzie Dawkinsie (zakładam, że zainteresowany Czytelnik poradzi sobie sam ze znalezieniem informacji o nim), ile o jego – również dość głośnym – filmie dokumentalnym, Źródło wszelkiego zła? (ang. The Root of All Evil?) (->Wikipedia). Program powstał mniej więcej pół roku przed wydaniem książki Bóg urojony, która jest niejako kontynuacją rozważań przedstawionych w dokumencie. Kilka dni temu miałem wielką przyjemność go obejrzeć, po czym poczułem jeszcze większą od rzeczonej przyjemności potrzebę propagowania idei w nim zawartych.

Ponieważ blog ten ma w swojej nazwie gay blog, nie wypada, aby wpis taki był kompletnie nie w tym duchu. Wobec czego przygotowałem dwa krótkie fragmenty filmu, w których poruszane są – z nieco różnych punktów widzenia – kwestie homoseksualności. Oto i pierwszy z nich, którego bohaterem są amerykańskie hell house’y:

Jak widać, wielebny Keenan Roberts ma w kwestii gejów bardzo sprecyzowane stanowisko, które jest w stanie obronić, popierając je solidną konstruktywną argumentacją. Mimo że wydaje się nie być człowiekiem do cna głupim, to jednak na jego światłym przykładzie jawi nam się cała bezmyślność religijnych fundamentalistów i głęboko wierzących fanatyków. Oczywiście pastor Keenan jest głową (chyba) jakiegoś absurdalnego kościółka New Destiny Christian Center, a nie żadnej większej i bardziej znaczącej organizacji religijnej.

Dodam jeszcze tylko, że wspominany w przedstawieniu fragment 1. Listu do Koryntian brzmi:

Czyż nie wiecie, że niesprawiedliwi nie posiądą królestwa Bożego? Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwięźli, ani mężczyźni współżyjący z sobą, ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego. A takimi byli niektórzy z was. Lecz zostaliście obmyci, uświęceni i usprawiedliwieni w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa i przez Ducha Boga naszego.

Biblia Tysiąclecia

Drugi fragment filmu przedstawia nieco inne spojrzenie na sprawę, ale i zupełnie innego człowieka z innego kraju i innej religijnej (tym razem bardzo znaczącej i wielkiej) organizacji religijnej:

W powyższym fragmencie wypowiada się Richard Harries, dostojnik Kościoła Anglii, wówczas biskup Oksfordzki. Jak widać we fragmencie, jego punkt widzenia różni się diametralnie od poglądów poprzedniego rozmówcy. Jest to coś, czego zawsze brakowało w Kościele Katolickim – postęp.

Ale, by być w pełni sprawiedliwym, dodam, że Dawkins w filmie wcale biskupa Harriesa nie stawia za wzór racjonalistycznych cnót. Bo, jak mówi, po co w ogóle zawracać sobie głowę Biblią, skoro mamy możliwość wybierania z niej tego, co jest dobre, a co złe dla społeczeństwa?

Na koniec chciałbym przytoczyć jeszcze kilka perełek z innych fragmentów filmu:

Po ponad stu latach i milionach pielgrzymów stwierdzono 66 przypadków przypuszczalnych cudownych uzdrowień. Statystycznie nie stanowi to żadnego dowodu. Warto też zwrócić uwagę, że nikt nigdy nie doznał na przykład cudownego odrośnięcia odciętej nogi. Przypadki wyzdrowień dotyczą wyłącznie chorób, które organizm mógł pokonać samodzielnie.

komentarz podsumowujący część o Lourdes

Jak dawni ludzie mogli zrozumieć wschód słońca? Musieli wymyślić płomienistego woźnicę rydwanu, boskiego syna, który mógł przyjąć nasze ofiary. Stworzyli więc najwyższą istotę, która pierwszego dnia stworzenia mogła powiedzieć: Niech się stanie światło.

Istnieje nieskończona liczba rzeczy, w rodzaju niebiańskiego czajnika, których nieistnienia nie potrafimy udowodnić. Wróżki, jednorożce i złośliwe skrzaty. Nie możemy wykazać, że nie istnieją. Jednak nie wierzymy w nie tak samo, jak nie wierzymy w bogów starożytnego Egiptu lub w grecką Afrodytę. Wszyscy jesteśmy ateistami, gdy chodzi o większość bogów, w których wierzą ludzie. Niektórzy z nas po prostu nie wierzą w jednego boga więcej.

Wspomniany wyżej niebiański czajniczek to element koncepcji brytyjskiego filozofa Bertranda Russella, tzw. Czajniczek Russella. I dalej:

Religia jest obrazą godności ludzkiej. Bez niej mamy dobrych ludzi czyniących dobre rzeczy i złych ludzi czyniących złe rzeczy. Żeby jednak dobrzy ludzie czynili złe rzeczy, potrzeba religii.

Steven Weinberg, amerykański fizyk, noblista

I na koniec prawdziwy diament:

Zgodnie z naukowym poglądem na historię, Adam, domniemany sprawca grzechu pierworodnego, nigdy nie istniał. Niewygodny to fakt, który podważa przesłankę całej pokrętnie paskudnej teorii św. Pawła. Och, ale przecież historia Adama i Ewy jest tylko symboliczna! Symboliczna? A więc Jezus był torturowany i zabity za symboliczny grzech nieistniejącego indywiduum?

Jest niewątpliwie jeszcze jedna rzecz, którą czuję się w obowiązku dodać. Można oczywiście powiedzieć, że film jest tendencyjny i skrajnie nieobiektywny, a Dawkinsowi zarzucić, że na swoich rozmówców i przedmioty rozważań wybrał samych niema ekstremistów i same niemal ekstremalne światopoglądy. Jest w tym trochę, oczywiście, racji i nie sposób temu zaprzeczyć. Ale, jak sam gdzieś znalazłem wypowiedź Dawkinsa, materiały o umiarkowanych działaczach religijnych mamy na co dzień w mediach w wielkiej obfitości. A ci, których my często uważamy za ekstremistów, gdzie indziej (vide choćby świat muzułmański) są częścią masowego ruchu religijnego, gdzie ich idee są podzielane w 100% przez większość nie tylko społeczności, ale i społeczeństwa.

A na sam koniec chciałbym bardzo gorąco zachęcić Czytelnika do obejrzenia filmu Źródło wszelkiego zła? Mam nadzieję, że udało mi się przynajmniej trochę do tego zachęcić. Jeśli o filmie słyszałeś i już go oglądałeś – świetnie, masz plusa! Ale jeśli nie, cieszę się, że przynajmniej mogłem Ci o nim powiedzieć 🙂

Paul Cameron o homoseksualności

źródło: konserwatyzm.pl

Zapraszamy Państwa serdecznie na serię wykładów i konferencji poświęconych tematyce homoseksualizmu.

Termin: 20 kwietnia (wtorek), godz.: 20.00.

Miejsce: Aula w Starym BUW, ul. Krakowskie Przedmieście 26/28, Uniwersytet Warszawski.

Temat: Homoseksualizm jako ruch społeczny i jego konsekwencje.

Goście:
dr Paul Cameron, Family Research Institute, USA
Mathias von Gersdorff, Kinder in Gefahr, Niemcy

Moderacja: dr Krzysztof Wąsowski, UW.

Organizatorzy: Studenckie Koło Myśli Politycznej UW, Akademickie Stowarzyszenie Katolickie Soli Deo, Krucjata – Młodzi w Życiu Publicznym.

źródło: konserwatyzm.pl

Odpowiadając na wezwanie Abiekta, śpieszę czym prędzej z informacją na temat pewnych ważkich wydarzeń, które będą miały miejsce niebawem.

Otóż już w przyszłym tygodniu ponownie gościć będzie w naszym kraju światowej sławy czołowy wybitny specjalista na polu homoseksualności oraz jej aspektów zarówno medycznych, jak i społecznych. Nikt inny, tylko Paul Cameron. Celem jego zaszczyt nam przynoszącej wizyty jest udział w konferencjach – w Warszawie (20 kwietnia) i w Łodzi (21 kwietnia) – w temacie homoseksualności: Homoseksualizm jako ruch społeczny i jego konsekwencje. Pan ten gościł już na podobnej konferencji zorganizowanej mniej więcej rok temu. Tu krótki materiał filmowy sprzed roku:

Ponadto polecam lekturę wywiadu, który postanowiła z Cameronem zrobić z tej okazji Rzeczpospolita: Homoseksualiści są jak narkomani. Zaprawdę mądry to człowiek.

A na dokładkę dość obszerny artykuł o doktorze na stronach Kampanii Przeciw Homofobii: Paul Cameron – fakty z badań i historii. Jeśli ktoś uważa źródło za tendencyjne, powyżej dałem link do treści na Wikipedii, a poza tym zakładam, że Szanowny Czytelnik ma wystarczające IQ do podjęcia ewentualnych poszukiwań na własną rękę, jeśli zainteresowany. Ja pozwolę sobie przytoczyć co ciekawsze fragmenty wyżej wspomnianego artykułu.

W dniu 2 grudnia 1983 roku Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne (APA) wykreśliło Camerona z listy swoich członków w związku z naruszeniem Preambuły Zasad Etycznych Psychologów oraz w wysłało mu list informujący go o tym, jednak, jak on sam twierdzi, rok wcześniej oddzielił się on od APA by stworzyć swój własny Family Research Institute (FRI).

19 października 1984 Towarzystwo Psychologiczne Stanu Nebraska przyjęło stanowisko mówiące, że całkowicie izoluje się od badań i teorii Paula Camerona oraz nie chce być w żaden sposób kojarzone z jego publikacjami.

Amerykańskie Towarzystwo Socjologiczne (ASA) w roku 1985 ogłosiło, że Paul Cameron mimo upomnień wielokrotnie źle interpretował i fałszował wyniki badań socjologicznych nienależących do niego, oraz iż nie ma on wymaganych umiejętności do korzystania z badań socjologicznych, nie jest on socjologiem i wnioski wyciągane przez niego w celu agitacji przeciw ochronie podstawowych praw osób homoseksualnych są fałszywe i całkowicie bezpodstawne.

W sierpniu 1996 Kanadyjskie Towarzystwo Psychologiczne (CPA) oskarżyło Camerona o nadinterpretację i fałszowanie wyników ich badań społecznych oraz ogłosiło, iż nie chce być w żaden sposób łączone z teoriami i interpretacjami badań przedstawianych przez Camerona w jego publikacjach.

źródła podane są w samy artykule

I tak dalej, i tak dalej.

Drugim znamienitym gościem ma być czcigodny Mathias von Gersdorff. Jeden lepszy od drugiego.

Osobiście najbardziej ubolewam nad faktem, że kogoś takiego przyjmuje w swe progi, jako specjalistę i naukowca, jedna z najlepszych w kraju uczelni, Uniwersytet Warszawski. Po którym nie spodziewałbym się promowania tego typu pseudonauki i skrajnie zaściankowego światopoglądu. Ale cóż, człowiek uczy się przez całe życie, więc i ja dziś dowiedziałem się czegoś nowego o mojej Alma Mater.

No to do zobaczenia we wtorek :]

za większość linków i informacji dziękuję Abiektowi 🙂

UPDATE (godzina 22:00): Właśnie się dowiedziałem, ponownie dzięki Abiektowi, że konferencja nie odbędzie się jednak na terenie Uniwersytetu Warszawskiego. Podobno uczelnia nie wiedziała, kto dokładnie weźmie w niej udział. Kiedy się dowiedziała, zgodę cofnęła. Sława Bohu! Cóż, czekać zatem pozostaje na informację o nowej lokalizacji.

UPDATE (18 kwietnia): Wszystko wskazuje na to, że po cofnięciu zgody Uniwersytetu Warszawskiego na konferencję na jego terenie nie odbędzie się ona w Warszawie w ogóle. Ale zobaczymy, może coś jeszcze wymyślą. Za Frondą.

UPDATE (20 kwietnia): Jak się dziś dowiedziałem, Paul Cameron w ogóle do Polski nie dotarł, nie odbędzie się więc żadna z planowanych bodajże trzech konferencji. Long live wulkan Eyjafjallajökull! 😉

Smoleńsk – od żałoby do histerii

Za życia byłeś wyśmiewany i szykanowany, teraz wszyscy zrozumieli, jaki błąd popełnili. Niestety już nie zagłosuję w wyborach na prezydenta Kaczyńskiego, bo nikt nie jest w stanie zastąpić prawdziwego patrioty i obrońcy polskiej tradycji i historii. Myślę, że te wszystkie przykrości, które otrzymywał za życia, Bóg wynagrodził mu tak, że zginął jak bohater, jak prawdziwy patriota w tak ważnym miejscu dla Polski. Katyń powołał do siebie kolejną polska elitę. Pokój ich duszom i niech spoczywają w pokoju wiecznym. Amen.

Księga Kondolencyjna portalu gazeta.pl
jeden z pierwszych wpisów
(pisownia mocno poprawiona)

Powyższe to tylko jedno z wielu setek, a pewnie i tysięcy wynurzeń przewijających się w całej polskiej sieci, a oddających doskonale aktualne nastroje w społeczeństwie. Zaprawdę, w dniach kilku minionych osiągnął naród polski prawdziwie niespotykaną jedność! Wybór takiej a nie innej wypowiedzi jako wstępu do niniejszego tekstu powinien co bystrzejszego Szanownego Czytelnika jasno naprowadzić na dalszy ton dzisiejszego mojego wpisu. A nosiłem się z nim kilka dni, teraz jednak nie żałuję opóźnienia.

Że napisać coś należy i swe wynurzenia na światło dzienne na łamach bloga wystawić – to wiedziałem już w sobotę, pamiętnego dnia 10 kwietnia Anno Domini 2010. Ograniczyłem się jednak tylko do symbolicznej zmiany kolorystyki i krótkiej notki w panelu bocznym. Notki raczej neutralnej. Teraz przyszła kolej na nieco więcej bardziej osobistych wniosków. Po kolei jednak, do rzeczy.

Otóż, Szanowny Czytelniku, o katastrofie prezydenckiego samolotu w Smoleńsku dowiedziałem się w sobotę przed południem, a że zaraz potem wyjechałem i cały dzień mnie nie było, wydarzenia dane mi było śledzić za pośrednictwem stacji radiowych. Tak, dziś jeszcze pamiętam – zupełnie jakby było to wczoraj albo trzy dni temu – niedowierzanie malujące się na mojej twarzy (osobiście jej nie widziałem, ale zakładam, że było owo niedowierzanie widać), kiedy doszły mnie smutne te wieści. Przyznaję bez bicia, wrażenie było silne, zahaczające niebezpiecznie o szok. Słucham sobie ja zatem, samochodem jadąc, różnych tych stacji i niedowierzanie, niestety, rośnie z minuty na minutę. Ale niedowierzanie to, wtórnym już będąc, zupełnie innego rodzaju. Również niestety.

Smoleńsk, Pałac PrezydenckiZaczął mi się powoli, acz nieubłaganie i z okrutną wyrazistością, malować obraz masowej histerii, zbiorowego transu, którego niejeden grzybiarz by pozazdrościł. Jedni krzyczą o drugim Katyniu (sic!), inni o bohaterstwie ofiar katastrofy (WTF?), a jeszcze inni zaś o fatum ciążącym nad i tak już przez historię doświadczonym polskim narodem. Sami dziennikarze nie lepsi. Dowiedziałem się na przykład, że jeden taki warszawski domorosły socjopsycholog, celowo wybrawszy się pod pałac prezydencki (gdzie, nawiasem mówiąc, nowiutki bruk Krakowskiego Przedmieścia ujrzał był już swój nieodwołalny los nieodwracalnego ubabrania woskiem) komunikacją miejską, poczynił pewną obserwację ludu pracującego stołecznego. Otóż w tramwaju widział ludzi zamyślonych, przygnębionych, pogrążonych w głębokiej refleksji nad tą straszną tragedią. No bo przecież Warszawiacy na co dzień przemierzają ulice stolicy uśmiechnięci, cieszący się życiem, serdeczni, tryskający energią. W dodatku poczynił rzeczony dziennikarzyna daleko idące uogólnienie z rodzaju tych, które doprowadzają mnie do szewskiej pasji, ponieważ umieszczają w grupie ludzi, z którymi wspólnego nie mam nic. Cóż, to tylko przykład, ogólnie we wszystkich mediach informacje podawane były tendencyjnie i bezmyślnie, robiąc więcej szkody, niż przynosząc pożytku, bo podsycając tylko błogosławiony stan i tak już wystarczająco rozhisteryzowanego społeczeństwa.

Politycy wcale nie lepsi. Od kilku dni jedyne, co słyszymy to wielkie słowa, patetyczne mantry i coraz dalej idący populistyczny bełkot. A to, że drugi Piłsudski, a to, że mąż stanu, a to, że bohater narodowy. Czekam na propozycję rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego, na którą reszta zgodnie zaklaszcze łapkami. O Wawelu jeszcze napiszę, bo na razie na samą myśl dostaję apopleksji.

Ale do czego właściwie ja dążę? Przejdę sobie do meritum, bo i pora późnawa.

Przez ostatnie cztery dni oczekuje się ode mnie, że wezmę udział w tej społecznej komedii. Dla niemal każdego jedynym słusznym i akceptowalnym modelem działania jest rozpacz, refleksja, pogrążenie w żałobie i zapalenie tandetnej gwiazdki w kwadratowych nawiasach w ramach opisu na Gadu-Gadu i gdziekolwiek jeszcze tylko się da wcisnąć ten głupkowaty wymysł. Dziś nie można się cieszyć, a szczególnie już z następstw pamiętnej tej soboty. Nie można wyrazić sprzeciwu wobec coraz bardziej absurdalnych pomysłów i planów. Nie można ostentacyjnie odmówić podporządkowania się temu wspaniałemu narodowemu zrywowi.

Dziś należy wyrażać jedynie żal i szacunek. Powinno się zapomnieć, jakim chamem, prostakiem, kłamcą i zerem był Lech Kaczyński. Jakimi durniami, oportunistami i gamratki przyrożnej synami (i córkami) byli niektórzy z jego świty. Bo najbardziej bodaj w tym wszystkim z równowagi wyprowadza mnie sytuacja, w której ci sami, którzy tydzień jeszcze temu tak właśnie o części ofiar katastrofy w Smoleńsku myśleli, dziś skłonni są zapomnieć wszystkie krzywdy i zgodnym chórkiem ubolewać nad stratą.

Hipokryzja, konformizm i tzw. polityczna poprawność rządzą w Lechistanie od kilku dni. I spróbuj, biedny człowieku, mieć coś przeciw.

I jeszcze tylko kilka słów wyjaśnienia, bo inaczej stanę się ofiarą kolejnego linczu. Zaznaczam jasno, dobitnie i wyraźnie, co następuje:

To, co wydarzyło się w sobotę 10 kwietnia 2010 roku w Smoleńsku jest wielką tragedią. Tragedią przede wszystkim osobistą dla rodzin ofiar katastrofy i ten wymiar sobotniego nieszczęścia uważam za najważniejszy.

Ale nie tylko. W wypadku zginął Prezydent RP, kimkolwiek i jakikolwiek by nie był oraz szereg innych kluczowych dla funkcjonowania państwa osób. Jestem tego świadom i nie poddaję bynajmniej w wątpliwość znaczenia tego nieszczęścia. Co manifestuję choćby kolorystyką bloga, mamy wszak żałobę narodową, pierwszą – według mnie – uzasadnioną spośród ich szeregu w ostatnim dwudziestoleciu.

Smoleńsk, ofiaryProszę mnie dobrze zrozumieć. Tym, co krytykuję na łamach tego wpisu, jest zbiorowe szaleństwo posunięte do granic absurdu, nadinterpretacje, manipulacje, głupota, hipokryzja i polityczna poprawność. Podam może przykład. Nie umniejszam faktu i konsekwencji śmierci głowy państwa polskiego. Jakkolwiek źle nie życzyłem Lechowi Kaczyńskiemu i niezależnie od tego jak bardzo go nienawidziłem, nikt nie zasługuje na taką śmierć i nikomu nigdy bym takiej nie życzył. I teraz proszę się skupić: abstrahując od faktu, że jest to niewątpliwa tragedia, abstrahując od faktu, że zginęli ludzie oraz abstrahując od faktu śmierci Prezydenta RP jako najwyższego urzędnika państwowego – cieszę się, że Lech Kaczyński nie jest już moim prezydentem. I tyle.

Wiele mam jeszcze do powiedzenia i wiele zapewne w związku z tym jeszcze napiszę tutaj w ciągu najbliższych dni. A napiszę, bo to moje cholerne prywatne miejsce i tylko tu mogę się dziś poczuć swobodnie.

Merry / Gay Xmas! v3.11

Zgodnie z coroczną tradycją (patrz TUTAj oraz TUTAJ) w tym radosnym wolnym od zajęć dniu 24 grudnia 2009 Anno Domini pragnę z całego mego kamiennego dziś serca złożyć Szanownym Czytelnikom, Gościom, Fanom, Adoratorom (tym szczególnie :P), Miłośnikom, Naśladowcom et caetera, et caetera złożyć najserdeczniejsze wyrazy ubolewania z okazji zbliżającego się końca roku, który to nieszczęśliwy moment oznacza wiele do kitu rzeczy. Na przykład:

początek stycznia, najzimniejszego miesiąca roku,
rychłe dorzucenie sobie kolejnego oczka w rubryce wiek,
konieczność głębokiej zadumy nad tym co skopało się w mijającym roku, a co skopać można jeszcze bardziej w kolejnym,
początek głupkowatego dwunastomiesięcznego oczekiwania na zbawienie w postaci kolejnego roku, który oby okazał się choć trochę lepszy od trwającego,
et caetera, et caetera, et caetera…

Atheist Christmas

Słowy kilkoma – wesołych, smacznego, mokrych, zdrowych, miłych, ro-o-zgrozo!-dzinnych 😛

PS: Defetyzm szczodrze dodany do tego wpisu jest chwytem czysto literackim ;] Uprasza się o nieodnoszenie go do prywatnego życia Autora, który narzekać na co bynajmniej nie ma ^^

PS2: I niech Wam karp w gardle stanie! Ha! Barbarzyńcy!

PS3: A przy okazji polecam lekturę świątecznego tekstu autorstwa wielebnej Katarzyny L., a konkretnie wpisu pod tytułem O polskich Świętach Grudniowych słów kilka, opublikowanego na oficjalnym blogu Muzeum Etnograficznego w Warszawie. Warto, bo ciekawe, a i wiedzę swą wątłą i horyzonta poszerzyć można!